sobota, 9 maja 2015

Rozdział IX

Wnętrze domu jest pogrążone w głuchej ciszy. Pojedyncze promienie zachodzącego słońca wydzierają się z objęć obłoków i wpadają przez niedawno myte okna do salonu i kuchni, które widać z przedsionka. Ściągam obcasy z obolałych nóg i powoli idę w stronę kanapy. Rozkładam się na niej wygodnie, w jedną rękę chwytając poranne ciastka Filipa, a w drugą pilot, którym włączam telewizor. Co prawda, angielskie programy są dla mnie mało interesujące, aczkolwiek muszę przerwać tą irytującą ciszę, która wwierca się w moje uszy. W końcu ląduję na kanale muzycznym i nakrywając się kocem wpycham do buzi czekoladowe ciastko, które mój przyjaciel kupił rankiem w cukierni naprzeciwko naszego domu. I cóż, muszę przyznać, że ubóstwiam słodkości, więc szybko opróżniam większość opakowania i pogrążam się w rozmyślaniach. Ten dom jest tak pusty. Zbyt pusty. Gdzie podziewa się Emma? Czyżby uciekła do Polski? Nie widziałam jej od kilku dni, Filip sprytnie omijał ten temat, natomiast jej pokój pozostawał zamknięty na klucz. Przecież nie pokłóciłyśmy się tak mocno, choć dziewczyna miała.. specyficzny charakter. Lubiła mieć wszystko pod kontrolą. Ale nie, ona nie zrezygnowałaby ze stażu. Na dodatek nie odbiera telefonów. Coś musiało się stać.
Przez kilka godzin leżałam na kanapie, rozmawiając ze znajomymi z Polski na skeypie. W międzyczasie wypiłam kolejną dziś kawę i przeczytałam jutrzejszy scenariusz, układając w głowie plan działania. Dynamiczne sceny, mało dialogów. W takich momentach reżyser miał spore pole do popisu.
Chwilę po północy do domu przyszedł, a w sumie wtoczył się Filip, uśmiechnięty od ucha do ucha, z poczochraną czupryną i ćmikiem w ustach.
Stop, Filip nie pali.
 Zerwałam się z łóżka, strącając na ziemię gruby scenariusz i pobiegłam pokracznie do antrejki .[1]
- Zobacz, kogo spotkałem! – zawołał nazbyt entuzjastycznie, a zza niego wyłoniły się dwie sylwetki. Przymrużyłam zmęczone oczy, a delikatne światło dochodzące z salonu zarysowało kontury. Do mieszkania powoli wszedł Matt, podpierając się swoją wielką dłonią o drewnianą framugę. Wzięłam głęboki oddech, by się uspokoić i poczułam kłującą w nozdrza woń alkoholu. Skrzywiłam się ze zniesmaczeniem. Zapach ten kojarzył mi się z menelami, którzy zawsze stali w bramie mojej starej kamienicy. Filip oparł się o frontowe drzwi, które pod wpływem ciężaru przytrzasnęły trzecią osobę klęczącą w progu. Wytężyłam wzrok i ujrzałam… Sheerana. O nie, teraz mają przesrane. Jak mogli przyjść do domu w takim stanie?! Zawróciłam nerwowo w stronę salonu, nie chcąc oglądać tego dramatu, lecz Matt pochwycił mnie w talii i szepnął.
- Kate zerwała z Edem, spotkaliśmy na mieście Filipa, musieliśmy to oblać!
- Ale nie do nieprzytomności! – warknęłam, wyswobadzając się z objęć.
Podeszłam do Sheerana i ciągnąc go za kaptur od bluzy pomogłam mu wejść do środka, zakluczyłam drzwi i wyrwałam z ust współlokatora końcówkę ćmika. Chłopak próbował nieudolnie protestować, ale tylko zatoczył się i ledwo utrzymał równowagę.
- Jak już macie tu być, to ściągnijcie chociaż łaskawie buty! Ed, na miłość boską, możesz wstać z podłogi? Przypominam Ci, że ludzie chodzą na dwóch nogach. – wrzasnęłam, a goście dostosowali się do moich warunków. Filip zaciągnął ich na kanapę, a ja przygotowałam herbaty.
- Pamiętasz, że jedziemy jutro na 9 do studia? – zapytałam przyjaciela. – A Ed i Matt do pracy?
W salonie na chwilę zapadła głucha cisza, od czasu do czasu przerywana siorbaniem. Wstałam nerwowo i zabrałam z ziemi scenariusz.
- Dobranoc panom, ja chcę się wyspać. – powiedziałam obrażonym tonem.
- Czekaj! – zawołał Ed. – Masz jakiś obiad?
- No pewnie, czekałam na ten dzień, aż będę mogła zostać Waszą kucharką! Cóż za zaszczyt! – skrzywiłam się, po chwili dopowiadając. – W lodówce są pyry z gzikiem, odgrzejcie sobie. Tylko chaty nie spalcie. – przewróciłam oczami i zawróciłam w stronę pokoju.
- Amelia, stój! Jak śpimy? – zapytał Filip.
- Jak to jak? Ja u siebie, Ty na kanapie, a Panowie zamawiają taksóweczkę i do domu. Ja naprawdę nie potrzebuję więcej współlokatorów.
- No przecież nie możemy ich w takim stanie wysłać do domu!
- Czemu nie?
Filip westchnął i popatrzył na mnie błagalnie. Oh, niech mu będzie. Ostatni raz.
- Mogą spać w pokoju Emmy?
Blondyn wykrzywił twarz, ni to w grymasie niezadowolenia, ni to smutku. Pokręcił przecząco głową.
- Robimy losowanie. – zawyrokował Matt.
- Że co? Jeśli myślicie, że ktoś będzie ze mną spać, to się grubo mylicie. – warknęłam, ale chłopacy puścili to mimo uszu. Ed wygrzebał z kieszeni stary paragon, Matt podarł go na małe kawałki i napisał na nich nasze imiona, a Filip wrzucił je do pustego kubka.
- Będę spać z… Mattem! – zawyrokował po chwili gmerania ręką w naczyniu. Zaniemówiłam.
- I że ja niby mam spać z Edem? – zapytałam zszokowana.
- Takie życie księżniczko. – westchnął mój przyjaciel. Przewróciłam oczami.
- Macie się wszyscy iść myć, teraz. A Ty masz im dać jakąś pidżamę. Ja pierdole. Cudowny wieczór. – warknęłam i schowałam się w moim pokoju.
Zapaliłam lampkę nocną i rozejrzałam się po pomieszczeniu. Błękitna sypialnia prezentowała się całkiem nieźle – wszystkie rzeczy były na swoim miejscu, łóżko zaścielone, a z komody jak zawsze wyglądały drewniane ramki ze zdjęciami, które zrobiłam podczas wolontariatu w Madrycie razem z Emmą. Kilka lat temu opiekowałyśmy się tam młodą grupą na obozie sportowym i od tego czasu zaczęłyśmy razem podróżować po świecie.
Cholernie mi jej brakuje.
Po dłuższej chwili przyszedł Sheeran. Prysznic i zmiana ubrań podziałały na korzyść chłopaka – zniknął znienawidzony przeze mnie zapach fajek i alkoholu.
- Coś się stało? – zapytał troskliwie. Cholera, czy aż tak widać po mnie wszystkie emocje?
- Tęsknię za przyjaciółką.. Martwię się, że coś jej się stało.
Nawet nie zauważyłam, kiedy znalazłam się w jego objęciach.
- Nie bój się rzeczy, które być może nigdy się nie wydarzą.
Wow, jak na pijaną osobę powiedział coś serio mądrego. Zwracając uwagę na fakt, że jeszcze dwie godziny temu klęczał we frontowych drzwiach.
- Nie sam lęk jest najgorszy, ale to, co wtedy sobie wyobrażam.
Dlaczego jestem wobec niego tak szczera? Przecież nawet go nie znam.
Ed przytulił mnie mocniej. Po dłuższej chwili wydostałam się z jego uścisku i ocierając pojedyncze łzy wyszeptałam ‘Dziękuję’.
- Idziemy spać?
- Idziemy spać. – rudy przytaknął mi i wskoczył na prawą stronę łóżka. Położyłam się koło niego i zgasiłam lampkę.
- Zabierasz mi kołdrę! – poskarżył się po chwili chłopak.
- Życie. – zaśmiałam się i naciągnęłam materiał jeszcze mocniej, tak, że całkowicie spadł na ziemię.
- No chyba sobie żartujesz! – rudy udawał oburzenie i zaczął wyrywać mi z rąk brązowe przykrycie, a ja zaczęłam się głośno chichrać. Po chwili do pokoju wszedł zaspany Matt.
- Słuchajcie, jak macie zamiar do siebie zarywać, to róbcie to w dzień, a nie o drugiej w nocy!
- Dobrze tatusiu, będziemy już cicho. – zaśmiałam się jeszcze głośniej. Po chwili przepychanki oddałam Edowi jego kawałek nakrycia i odwróciłam się na bok, próbując zasnąć.



[1] Antrejka – po poznańsku przedsionek, korytarz. Przyzwyczajcie się, że będę używać poznańskiej gwary, by unikać powtórzeń xd

Jak Wam się podoba kolejny rozdział? :) Jeśli macie jakieś rady, sugestie - piszcie! Chciałabym się jak najbardziej rozwijać.

sobota, 2 maja 2015

Rozdział VIII

- Jestem Kate. – powiedziała w stronę Filipa, omijając mnie wzrokiem.
- Philip.
- Jesteś tu nowy?
- Tak, przyjechałem na staż razem z Amelią.
Ruda posłała mi zazdrosne spojrzenie i powróciła do wypytywania mojego przyjaciela.
- Skąd jesteś?
- Z Polski.
- Poznałeś już okolicę?
- Nie, przylecieliśmy niecały tydzień temu.
- Jeśli chcesz, możemy iść po zdjęciach na kawę, niedaleko jest bardzo dobra kawiarnia..
Wytrzeszczyłam oczy. Tylko. Nie. To.
- Pewnie. – Filip uśmiechnął się i spojrzał na mnie. – Idziesz z nami?
Zrobiłam się czerwona jak burak i miałam wrażenie, że udzielenie odpowiedzi zajęło mi kilka dobrych minut. Z jednej strony kompletnie nie chciałam spędzać czasu z Caufield, z drugiej nie chciałam zostawić Filipa samego. Chłopak ewidentnie wpadł jej w oko.
- Chętnie. – wykrzywiłam buzię w wymuszonym uśmiechu, a Rudowłosa posłała mi nienawistne spojrzenie. Nic z tego, nie będzie się umawiać z moim przyjacielem.
Na całe szczęście zza zakrętu wyłoniła się Lucy, zwiastując swoje przyjście głośnym stukaniem szpilek o posadzkę.
- Nowi, za mną! Pokażę wam halę, w której będziemy pracować! – zawołała i nie czekając na nas ruszyła przed siebie.
O tak, było co zwiedzać. Pokoje ze scenografią, kostiumami, wizażystami, sprzętem… Poznaliśmy masę ludzi z ekipy, na szczęście wszyscy byli życzliwi i pomocni. Filip zapoznał się z programem do montażu, a ja rozmawiałam z reżyserem o jego wizji twórczej i scenariuszu. To była naprawdę praca moich marzeń, jednak pierwszy dzień w połączeniu z emocjami i obchodzeniem tak wielkiego studia był bardzo męczący. Gdy o piętnastej wyszliśmy z budynku, przypomniałam sobie o spotkaniu z Kate. Normalnie bym się poświęciła, lecz dziś wyjątkowo nie miałam już siły.
- Filip, źle się czuję. Pojadę już do domu, ok?
- Jechać z Tobą? – zapytał z troską. Przez chwilę chciałam przytaknąć, ale zrobiło mi się go trochę żal. Być może polubił marchewkę udającą miłą osobę. Nie mogłam mu zabronić spotykania się z nią.
- Nie, dam radę, dzięki. – uśmiechnęłam się lekko i odbiłam w stronę przystanku, wybierając po drodze numer do Waisa.
- Matt, podwiózłbyś mnie do domu? Błagam. – jęknęłam, słysząc w odpowiedzi cichy śmiech.
- Pewnie, zaraz będę. Ale pojedziemy na lody! – zanim zdążyłam zaprzeczyć, mężczyzna sprytnie się rozłączył. Po kilku minutach pod wiatę podjechało lśniące, czarne volvo.
Zaparkowaliśmy pod jedną z tych kawiarni, która w tym mieście uchodziła za ekskluzywną. Przychodzili tu biznesmeni, aktorzy, czy po prostu bogaci ludzie, jednak miejsce to, prócz wysokich cen, nie różniło się wiele od innych, tanich kawiarni.
- Powiedziałeś, że idziemy tylko na lody.
- No i idziemy.
- Tutaj? – wywróciłam oczami. – Naprawdę nie masz co robić z forsą.
Matt zaśmiał się i weszliśmy do środka budynku. Jakby nie patrzeć, to na każdą możliwą rzecz reaguje śmiechem. Ja bym tak nie wytrzymała.
Klienci kawiarni spojrzeli na nas jak na odludków. Ubrani w eleganckie ubrania, pijący w ciszy kawę. My natomiast weszliśmy do środka roześmiani, w luźnych i wygodnych ciuchach, odbiegając całkowicie od panujących tu niepisanych zasad. Usiedliśmy w odległym rogu sali, by nie przeszkadzać tym sztywniakom i zamówiliśmy dwa desery z napojami. Po kilku minutach wylądowała przede mną duża porcja lodów z bitą śmietaną i orzechami w ozdobnym pucharku oraz mrożona kawa. I podczas gdy ja starałam się zachować odpowiednio do miejsca, tak Matt bez ogródek pałaszował swój deser mlaskając na wszystkie strony i ściągając na nas wszystkie spojrzenia.
- Jezu, jaka poruta! Ty nie umiesz normalnie jeść?! – syknęłam w stronę towarzysza.
- Umiem. – powiedział z buzią pełną lodów. W końcu zjadł deser i małe dziecko w środku niego zostało choć odrobinę zduszone.
- Nie uwierzysz, kogo dzisiaj spotkałam na planie..
- Diablicę?
Zaniemówiłam.
- Wiedziałeś, że pracuje przy tym filmie i nic mi nie powiedziałeś?!
- Nie byłem pewien, a nie chciałem psuć Ci humoru. I jak, bardzo źle?
- Wiesz co, była nawet miła.. Filip musiał wpaść jej w oko.
- Uuuu, nareszcie! Odczepi się od Eda! – zawołał entuzjastycznie.
- Wolałabym, żeby się nie zadawała z Filipem. A Ed mnie nie interesuje. – powiedziałam chłodno.
- Taa, jasne. – Matt puścił do mnie oczko, a ja dałam mu lekkiego kuksańca. Przez chwilę gadaliśmy jeszcze o planie. Mężczyzna śmiał się z każdej mojej ekscytacji, faktycznie momentami zachowywałam się jak mała dziewczynka, która dostała wymarzoną lalkę.
- Zbieramy się? – zapytałam, a mężczyzna kiwnął głową. Podeszliśmy do kasy i zapłacił spory jak dla mnie rachunek, dostając przy okazji kubek gorącej czekolady.
- Jaka piękna obsługa w tej kawiarni! – powiedział głośno, gdy za blatem pojawiła się drobna blondynka. Dziewczyna na słowa mojego towarzysza zrobiła się czerwona jak burak i uciekła na zaplecze.
- Złośliwiec! – zaśmiałam się, pokazując mu język. Matt, nie pozostając mi dłużny, zaczął mnie gilgać, a ja wykonywałam nieudolne uniki. Nagle uderzyłam ręką w osobę stojącą za mną. Mężczyzna przybrał kamienną twarz, więc czym prędzej się odwróciłam.
Kate.
Kate cała w gorącej kawie, którą na nią wylałam.
Spokojnie Amelia, tylko się nie chichraj, spokojnie.
 Kate przybrała teraz krwistoczerwoną barwę skóry, wyglądając, jakby ktoś usmażył ją na grillu. Obok niej stał zdezorientowany Filip, a ja oparłam się plecami o Matta, który objął mnie rękami, by dodać mi otuchy.
- Coś.. Ty.. Narobiła.. – poszkodowana cedziła słowa, by nie wybuchnąć gniewem.
- Przepraszam, to przypadek!
Wzrok marchewki utwierdził mnie w przekonaniu, iż mi nie wybaczy. Ba, jestem pewna, że się zemści!
- Nie miałaś być w domu? – do rozmowy włączył się Filip.
- Miałem ją odwieźć, ale wstąpiliśmy na lody. – odpowiedział mu Matt, a mój współlokator patrzył raz na mnie, raz na blondyna, próbując połączyć fakty.
- Jesteście razem?
Kate wykrzywiła twarz w okropnym grymasie, ja wyszczerzyła oczy, a mój towarzysz napiął wszystkie mięśnie, ledwo powstrzymując się od śmiechu.
- Nie! – powiedziałam, a Filip spojrzał na mnie z lekkim niedowierzaniem.


*Matt*

- Kończymy tą szopkę? – szepczę cicho w stronę Amelii, a ta ochoczo kiwa głową.
- Musimy już iść.. Miłego wieczoru! – mówię szybko w stronę napotkanej pary i chwytając brunetkę za rękę wychodzimy z kawiarni. Nie ma co, będę miał co opowiadać znajomym.
- Jedziemy do domu? – pyta, gdy wsiedliśmy do auta. Chwilę się zastanawiam nad odpowiedzią. Z jednej strony widać, że jest zmęczona, z drugiej mam dziś jeszcze wuchtę roboty i nie chcę zostawać sam. W końcu kapituluję i postanawiam odwieźć ją do mieszkania. Skręcam w Dalebury Road i po chwili szybkiej jazdy jesteśmy na miejscu.
- Dziękuję. – mówi cichym głosem i całuje mnie w policzek. Jej delikatny uśmiech nigdy nie schodzi z twarzy, nawet, gdy jest czymś zafrasowana. Wychodzi z auta i wygrzebując klucze dochodzi powoli do domu. Gdy znika w szarym budynku, odjeżdżam i kieruję się do biura w centrum, dzwoniąc po drodze do Sheerana.
- Hej Matt! – słyszę znajomy głos.
- Ed, chcesz wyjść wieczorem na miasto? – pytam, choć dobrze znam odpowiedź.
- Stary, to raczej retoryczne pytanie. Przed chwilą dzwoniła do mnie Kate, za godzinę mamy się spotkać.. Wiesz, czego chce?
- Nie mam pojęcia. – kłamię, wiedząc, że może chodzić o Filipa, lecz Sheeran to kupuje.
- Przyjadę po Ciebie o dwudziestej pierwszej, siema! – kończę rozmowę z rudym i szybko się rozłączam. Kompletnie nie nadaję się dzisiaj do pracy.

-------------------------------------------------------
Przepraszam za tak długą przerwę! Mam teraz natłok różnych spraw, ale w końcu wrzucam ;) Będę wdzięczna za każdą opinię.
PS Polecam obejrzeć film "Teoria Wszystkiego", genialny! Naprawdę, niesamowity <3

czwartek, 2 kwietnia 2015

Rozdział VII

Jechałam razem z Mattem długą ulicą, która o tej porze świeciła pustkami. Zdecydowanie przekraczał ograniczenia prędkości, ale zdawało się, że kompletnie ignoruje jakiekolwiek znaki drogowe. Żółtawe światła z latarni odbijały się od asfaltu i wpadały do ciemnego wnętrza samochodu, dzięki czemu widziałam twarz mężczyzny. Był skupiony na prowadzeniu swojego najnowszego bmw, które należało do dużej kolekcji pojazdów. Matt mówił, że kupowanie samochodów sprawia mu największą frajdę, jak małemu dzieciakowi. Kiedy pokazywał mi kilka zdjęć jego innych aut, był pełen dumy, a na jego twarzy pojawiał się uroczy uśmiech. I faktycznie, choć ten temat mnie nie interesuje, to musiałam mu przyznać, że są naprawdę ekstra. Ten, którym właśnie jechaliśmy, był jego najjaśniejszą gwiazdą. Mężczyzna miał niezłe szczęście, bo gdyby nie fakt, że ma kontakty w policji, to z pewnością już dawno straciłby prawko. Jeździł jak kompletny wariat, jeszcze gorzej od Eda!
Od tematu samochodów, przez jego karierę i willę, która, jak się okazało, wcale nie jest tą jedyną, przeszliśmy do dziewczyny Eda. Gdy zapytałam o rudowłosą, Matt natychmiast popadł w śmiech.
- Poznali się na planie jakiegoś filmu, Ed miał tam epizodyczną rolę. Kate od razu zaczęła za nim chodzić, a potem ogłosiła, że są razem, a Sheeranowi nie chciało się zaprzeczać. No i się chłopak nieźle wkopał, bo się okazało, że to córka kogoś ważnego w jego wytwórni i teraz boi się z nią zerwać. – blondyn chichrał się na całego, ale mnie ta historia trochę przerażała. Nikomu bym nie życzyła tak wrednej dziewczyny, nawet Edowi.
- W biurze mówimy na nią diablica – kontynuował. – Ale weź się nią nie przejmuj. Trochę mordę ponadziera, po czym znów pójdzie ze swoimi bogatymi koleżankami na zakupy. Taka zepsuta laska, nic nie zrobisz. – trochę się skrzywił, a ja przewróciłam oczami.       Na miejscu Eda już dawno bym wykombinowała, jak się rozstać z tym czymś, ale on najwidoczniej był wyjątkowo nieporadny. Szybko zmieniłam temat rozmowy, ruda para mało mnie interesowała.
- Masz jakieś zwierzęta?
Matt wykonał gwałtowny skręt, a ja poleciałam na niego.
- Miałem szynszylę. Oddałem ją rodzicom, bo nie miałem dla niej czasu – zaśmiał się.
- Boże, kto Ci dał prawo jazdy? – rzuciłam zaczepnie.
- Ja wcale nie potwierdziłem, że je mam – zaparkował pod moim domem i roześmiał się jeszcze bardziej, dając mi lekkiego kuksańca. Tak naprawdę wcale go nie znałam, ale polubiłam. 30 – latek, który zachowywał się jak student, bez żadnych trosk i ograniczeń, w dodatku bez przerwy się śmiał. Rzadko spotykany widok.
- To co, widzimy się za tydzień na imprezie?
Zapomniałam dodać, że kompletnie nieodpowiedzialny.
- Kogo mam tym razem pobić? – zażartowałam. – Ale na serio, nie mam jak dojechać nawet.
- Słaba wymówka. Przyjadę po Ciebie w piątek o 19. I spakuj jakieś ubrania, bo wytrzeźwieję dopiero w niedzielę – oznajmił, całując mnie w policzek. Wywróciłam oczami. Chyba muszę się przyzwyczaić do trybu życia Matta. Nie sądziłam, że wypadek w tak szybkim tempie zmieni tak wiele.
Weszłam do domu, delikatnie zamykając drzwi. Wnętrze było pogrążone w ciemnościach, a w powietrzu unosił się zapach placków ziemniaczanych. Emma na pewno zrobiła je na kolacje, bo Filip był prawdziwym beztalenciem kucharskim. Przeszłam do kuchni, by napić się herbaty miętowej. Uwielbiałam ją, zawsze się przy niej odprężałam. Gdy wstawiłam wodę, usiadłam na blacie, opierając się o chłodne okno. Podsumowując dzisiejszy dzień – mogło być gorzej. Ale najważniejsze, że teraz już nie muszę więcej widzieć Eda. Nie wiem czemu, ale ta cała scena z Kate mnie do niego mocno zniechęciła. Jestem za bardzo bezpośrednia i gdybym ją widywała, to moja szczerość doprowadzałaby ją pewnie do białej gorączki. A nie chcę mu robić więcej problemów. Co innego z Waisem, on jest.. po prostu inny od reszty. Cholernie pozytywny. Fakt, może nadużywa alkoholu, ćmików, może za często jak dla mnie imprezuje, ale to wszystko składa się na jego odmienną osobowość.
Gwizd czajnika szybko wybudził mnie z rozmyślań. Zalałam herbatę i gdy tylko ostygła, upiłam spory łyk. Powieki same mi się zamykały, ledwo dotarłam do sypialni, rozlewając po drodze napój. Zdecydowanie potrzebowałam się wyspać przed jutrzejszymi praktykami.
Irytujący dźwięk budzika wypełniał cały mój pokój. Zaczęłam na oślep stukać w ekran telefonu, aż w końcu znów zapanowała cisza. Naciągnęłam kołdrę na głowę i przewróciłam się na bok. Cholernie nie chciało mi się wstawać. Po kilku minutach, gdy zaczęłam na nowo popadać w upragniony sen, do mojego pokoju wparował Filip.
- Wstawaj!
Chłopak był równie zaspany, co ja. Założył na siebie niedbale brązowy szlafrok, a teraz owijał go jeszcze bardziej wokół siebie, by nie dopuszczać chłodu. Podniosłam głowę i pochwyciłam jedną z poduszek, rzucając nią z całej siły w Filipa.
- Zrób mi śniadanie! – zażądałam. Przyjaciel nie pozostawał mi dłużny i jednym ruchem ściągnął ze mnie kołdrę. Zadrżałam, było tu faktycznie zimno. Widząc to, chłopak powiedział:
- Zostawiłaś otwarte okno na noc.
Faktycznie, brudna szyba była uchylona. Kompletnie tego nie pamiętałam. Przeciągnęłam się, leniwie wstałam z łóżka i pomaszerowałam za współlokatorem w stronę kuchni. Przechodząc obok lustra zauważyłam swoją nieokiełznaną burzę loków i widoczne oznaki zmęczenia na twarzy. Kolejny cudowny poranek. Po wypiciu mocnej kawy i zjedzeniu śniadania, które przygotował mi Filip, poszłam wziąć szybki prysznic. Łazienka była mała, pomalowana na błękitny kolor, ale przypadła mi do gustu. Wskoczyłam szybko do kabiny i odkręciłam gorącą wodę, wylewając na siebie lawendowy żel. Natychmiastowo całe pomieszczenie wypełniło się moim ulubionym, słodkim zapachem. Po kilku minutach zakręciłam kurek i po dokładnym wyszorowaniu zębów ubrałam się w turkusową sukienkę, która kończyła się nad kolanami, a na koniec rozczesałam włosy i wykonałam delikatny makijaż. Gdy wyszłam z łazienki okazało się, że mamy jeszcze sporo czasu do autobusu.
- Gdzie jest Emma? Nie widziałam jej cały ranek. – zagadnęłam Filipa, który siedział na kanapie i zajadał się czekoladowymi ciasteczkami.
- Jest na Ciebie wściekła. Był moment, że chciała wracać do Poznania.
- Przecież mam prawo robić, co chcę. Nie jest moją matką. – oburzyłam się.
- Nie wiem, nie mieszaj mnie w to. Po prostu się ogarnijcie, bo nie wytrzymam z Wami tych sześciu miesięcy. – chłopak wzruszył ramionami. – A tak w ogóle, to co się z Tobą działo?
- Długa historia. W skrócie, potrącił mnie samochód, uciekłam ze szpitala, wylądowałam na imprezie, z której wróciłam się na pieszo.. Aha, a dzisiaj odwiedziłam mojego znajomego. – powiedziałam jednym tchem, a Filip spojrzał na mnie zdziwiony.
- Taa. Wolę udawać, że mnie to nie obchodzi. – powiedział, a ja mu przytaknęłam.
- Musimy już iść. Emma stwierdziła, że pojedzie sama. – oznajmił mi Filip. Cholera, było bardzo źle. Dziewczyna zawsze się obrażała o każdą, najmniejszą rzecz, którą przed nią zatajałam. Faktycznie, czasami wyglądało to tak, jakby zastępowała mi matkę. Pochwyciłam czarną torebkę, wcisnęłam na stopy małe, również czarne koturny i wyszłam razem z przyjacielem na przystanek autobusowy. Całą drogę do studia przegadaliśmy na temat scenariusza, był na podstawie książki. A z takimi trzeba uważać, żeby nie nawalić, bo potem będzie fala krytyki. Niezależnie od tego, czy faktycznie nawaliłeś, czy po prostu nie chciałeś tak wiernie odtwarzać papierowego dzieła, jeśli film będzie inny, to dupa. Wysiedliśmy kilkanaście minut później tuż pod budynkami wytwórni filmowej. I to nie byle jakiej. Nad ozdobną bramą wjazdową wisiało duże logo ‘Warner Bros’. Cały obiekt był naprawdę monstrualny, pełen beżowych, nowoczesnych hal i budynków. Po pokazaniu strażnikowi przepustek przeszliśmy przez bramki i skierowaliśmy się do hali nr 3, gdzie czekać miała na nas asystentka reżysera. Pobiegliśmy w tamtą stronę, by jak najszybciej zobaczyć jak najwięcej. Wszystko tu było takie idealne – trawniki, parkingi, melexy i dwukołowe pojazdy, którymi jeździli pracownicy i ochrona. Gdy znaleźliśmy się na miejscu, podeszła do nas wysoka, szczupła blondynka.
- Hej, mam na imię Lucy! Jestem asystentką Justina, naszego reżysera. – zapiszczała aż nadto entuzjastycznie i uścisnęła zamaszyście nasze dłonie. – Chodźcie, oprowadzę Was po studiu! Ogólnie na pewno będziecie się z początku gubić, bo część miejsc jest tu bardzo podobna, ale nie martwcie się, tutaj wszyscy się spóźniają. Więc Ty, Philip, będziesz pomagał przy montażu, poznasz najnowsze programy i metody montażowe, a Ty, Amelia, będziesz prawą ręką reżysera, kilka scen nakręcisz sama i będziesz z nim omawiała sceny. Pasuje?
- Pasuje! – odpowiedzieliśmy chórem. Wszystko było tu takie ekscytujące.
- Macie jakieś pytania?
- Ja mam – odezwałam się. – Kto gra główne role? W naszych scenariuszach podali tylko imiona.
- Postacie pierwszoplanowe to Anna Popplewell, Ben Barnes .Oh, i uważajcie jeszcze na Kate Caufield. Co prawda, ma rolę drugoplanową, ale jej ojciec jest jednym z producentów i dziewczyna się na wszystkich wyżywa. Zaczekajcie minutkę, tylko zaniosę kawę reżyserowi i zaraz wracam. – zaświergotała i skręciła w lewo. Kate. Caufield. Przełknęłam głośno ślinę.
- Coś nie tak? – zapytał Filip.
- Znam tą Kate. Słuchaj, jest straszna.. – zaczęłam mówić półgłosem, ale nie skończyłam. Zza zakrętu właśnie wychodziła diablica, wykłócając się z kimś przez telefon. Gdy nas zobaczyła, bez zapowiedzi rozłączyła się i z wrednym uśmieszkiem pewnie podeszła w naszą stronę. Ekstra. Chyba nie zdołam ukończyć tego stażu.

------------------------------------------------
Małe ogłoszenie parafialne! Otóż zbliżają mi się testy gimnazjalne, więc dodam jeszcze jeden rozdział w czasie przerwy, a następny raczej w maju.. (rodzice konfiskują laptop i internet xd) No i oczywiście jestem otwarta na wszelkie porady, wszystkie komentarze są motywujące :)

środa, 25 marca 2015

Rozdział VI

Gdy tylko przekroczyłam próg pokoju, odetchnęłam z ulgą – faktycznie nikogo tu nie było. Weszłam energicznie do środka i odłożyłam bluzę na małej, pikowanej kanapie. Jej widok przypominał mi o tym cholernym wieczorze. Musiałam się jej pozbyć. Na chwilę pochłonęły mnie wspomnienia z dnia wczorajszego – wypadek, bójka, Sheeran.. Właśnie, Sheeran.. Obym go nie spotkała. Nie miałam siły nikomu tłumaczyć swojego zachowania, zwłaszcza obcej osobie.
Z zamyślenia wyrwał mnie trzask drzwi, które zamknęły się automatycznie pod wpływem mechanizmu. Dopadły mnie lekkie nerwy, że ktoś zwróci uwagę na hałas i tu przyjdzie, więc podeszłam szybko do wyjścia i chwyciłam za mosiężną klamkę. Ani drgnęła. Zaczęłam się z nią mocować, kończąc na całkowitym wieszaniu się na niej, lecz nic nie dawało zamierzonego skutku. Drzwi się zatrzasnęły. Utknęłam w tym cholernym pokoju. Ekstra.
Przechadzałam się po pomieszczeniu, rozmyślając gorączkowo, jak się stąd wydostać. Może to wcale nie było studio Eda? Tak, na pewno kierowali tu fanki. W sumie od początku byłam zadziwiona, że tak łatwo  się tu dostałam, zero ochrony czy jakichkolwiek pytań. Powoli się uspokajałam – w końcu ktoś tu przyjdzie, a jeśli będzie mi zależało na wyjściu, zawsze mogę zacząć wrzeszczeć. Może nawet dobrze, że tu trafiłam – przecież szukałam miejsca, w którym będę mogła z dala od kogokolwiek pozbierać myśli. Usiadłam na kanapie i rozejrzałam się wokół siebie. Pomieszczenie było wyjątkowo ciemne – wszystkiemu winny był bordowy kolor ścian i brak choćby najmniejszego okna. Przede mną stał ogrom sprzętu do nagrywania, na którym się kompletnie nie znałam, a dalej za szybą znajdowało się kilka mikrofonów i instrumentów. Mogłam się naprawdę cieszyć, że nie mam klaustrofobii, bo pokój był miniaturowy, jakby zrobiony na wymiar do ilości niezbędnego sprzętu. Położyłam się na przykrótkiej, jak dla mnie, kanapie, opierając głowę na szarej bluzie. Poczułam przyjemną woń perfum rudzielca. Po dłuższej chwili oczy zaczęły mi się same zamykać. O tak, drzemka zdecydowanie poprawi mi humor.
Usłyszałam cichą rozmowę. Rozum kazał mi otworzyć oczy, lecz nie chciałam się uwalniać z przyjemnego zaspania, więc postanowiłam przypomnieć sobie, co się stało. No tak. Studio, zatrzaśnięte drzwi, kanapa. Na myśl tego ostatniego lekko się skrzywiłam. Mebel był, co prawda, wyjątkowo elegancki, lecz także cholernie niewygodny, przez co odczuwałam potworny ból kręgosłupa. Jęknęłam, przewracając się na drugi bok i poczułam, jak z moich ramion spada miękki koc. Zamarłam. W końcu nie przykrywałam się żadnym kocem. Nagle rozmowa ucichła. Otwarłam oczy i gwałtownie podniosłam się do góry, przez co chwilowo zakręciło mi się w głowie.
-Amelia! - poznałam znajomy głos. To był Matt. Zamrugałam kilka razy, by odzyskać ostrość wzroku i dostrzegłam rudzielca, który stał kilka metrów dalej. Cholera. Otwarłam usta, lecz nie wiedziałam, co powiedzieć. Waise zaśmiał się cicho.
-No, widzę, że odsypiasz jeszcze po imprezie, dałaś czadu! Do zobaczenia na następnej! – mrugnął do mnie, po czym pożegnał się z rudzielcem i wyszedł z pokoju. Jego słowa rozbrzmiewały jak echo w mojej głowie, powoli do mnie docierając. Wróć, czy on mnie zaprosił na kolejną imprezę? Gospodarz zabawy był chyba serio szurnięty.
Korzystając z mojego zamyślenia, Sheeran usiadł obok mnie. W powietrzu dało się wręcz wyczuć napiętą atmosferę. Trwaliśmy chwilę w niezręcznej ciszy, nie wiedząc, jak zacząć rozmowę. Wzięłam głęboki oddech.
- Chciałam Ci oddać bluzę, ale drzwi się zatrzasnęły. Dzięki za pożyczenie. – chłopak kiwnął głową i odebrał ode mnie ubranie. Na chwilę znów nastała cisza.
- Co się wtedy stało? – zapytał, a ja przełknęłam głośno ślinę. Wiedziałam, że o to zapyta, nie dziwiłam mu się. Uniosłam na chwilę brwi i wypuściłam ze świstem powietrze.
- Ok, powiem Ci. Ale Ty mi powiesz coś w zamian. Cokolwiek. – wzruszyłam obojętnie ramionami, widząc pytające spojrzenie towarzysza. Rudzielec przytaknął, więc, powstrzymując łzy, zaczęłam opowiadać o tym, czemu przyłożyłam pijanemu blondynowi i dlaczego tak bardzo dotknęły mnie jego słowa. Oczywiście nie obyło się bez płaczu przy opowiadaniu historii z Polski, kiedy to pracowałam w fundacji, która ratowała konie z rzeźni, kiedy jeździłyśmy z dziewczynami w nocy na targi konne, skąd zwierzęta wyruszały w swoją ostatnią podróż ścieśnione w transporterach, mocno poranione, bez wody i jedzenia do Włoch. Setki kilometrów w śmiertelnych warunkach część nie przeżywała. Reszta i tak była zabijana na miejscu, bez żadnych skrupułów. Kompletnie nie rozumiałam, jak człowiek nie może mieć w sobie choć cienia empatii. Lecz w tych momentach Sheeran obejmował mnie czule ramieniem i przyciągał do siebie, dodając otuchy. Kiedy skończyłam swój bolesny monolog i otarłam łzy z twarzy, powiedziałam:
- Teraz Twoja kolej. Opowiedz mi coś o sobie.
Chłopak uśmiechnął się zawadiacko. Zaczął mówić o początkach swojej kariery, domu rodzinnym, w sumie dosyć chaotycznie, o wszystkim i o niczym. Co chwila wtrącał coś zabawnego, a z mojej twarzy nie znikał uśmiech. Naprawdę dobrze mi się z nim gadało. Potem znów nadeszła moja kolej – i tak na zmianę wymienialiśmy się informacjami o sobie. Brak okna, czy zegara ściennego spowodował, że kompletnie straciłam rachubę czasu. Gdy Ed wyjął telefon, okazało się, że jest północ, więc zerwałam się na równe nogi.
- Cholera, jak późno! Muszę wracać, przyjaciele mnie zabiją! – pobladłam, lecz moja twarz nadal była ciemniejsza od Eda. Emma z pewnością popadła już w histerię po ostatnim wybryku.
- Odwiozę Cię. – zaproponował Ed, lecz zaprzeczyłam. I tak zajęłam mu już za dużo czasu.
- No chyba nie myślisz, że Cię puszczę samą! – powiedział, gdy podałam mu adres domu. Wzruszyłam ramionami – nie raz wracałam się później tymi dzielnicami, które w Poznaniu uchodziły za niebezpieczne (lecz jak dla mnie to bujda, kto by się bał łysych dresów?) , ale rudzielec nie przyjmował odmowy. Przewróciłam oczami i zgodziłam się, byleby tylko przestał mnie zadręczać opowieściami o ‘’ciemnych stronach’’ Londynu. To było śmieszne.
Chwyciłam swoją torebkę i mieliśmy już wychodzić, gdy nagle drzwi zostały otworzone z impetem przez jakąś dziewczynę. Rozpoznałam ją bez problemu – była to kobieta w karminowej sukience z imprezy, której jako jedynej nie przypadłam do gustu. Była zbulwersowana, wręcz oburzona, co podkreślały jej ognistorude loki, które sterczały w każdą możliwą stronę. W ogóle wyglądała śmiesznie, cała była pomarańczowa od samoopalacza, a do tego ubrała się w czerwoną sukienkę. W jej oczach błyskały ogniki złości. Z takim wyglądem zdecydowanie mogłaby zostać pomocnikiem diabła w jakimś przedstawieniu dla dzieci, o ile te by się jej nie wystraszyły.
- Gdzieś Ty się podziewał?! Miałeś odebrać mnie z galerii! Przez Ciebie musiałam jechać.. taksówką! – wrzeszczała, a ostatnie słowo wypowiedziała z obrzydzeniem. Echo rozniosło krzyki po całym piętrze.
- Miałem więcej pracy… - Sheeran zaczął przepraszać, lecz ta chodząca, wściekła marchewka weszła mu w słowo. W sumie, ja też powinnam być skruszona, bo to z mojej winy chłopak nawalił, ale zamiast tego miałam niezły ubaw. Naprawdę, zmutowana marchewka, która nauczyła się chodzić i mówić stała tuż przede mną!
- Z nią? – spytała pogardliwie, mierząc mnie wzrokiem. Podeszła bliżej, a jej ogromne szpilki zastukały o posadzkę.
- Tak.. Piszemy razem piosenkę, będziemy śpiewać w duecie. – niebieskooki zaczął ściemniać, a ja przytaknęłam, ledwo powstrzymując śmiech. Nie chciałam mu robić więcej problemów.
- Amelia Lulińska. – przedstawiłam się, a kobieta, z grymasem na twarzy, niechętnie uścisnęła moją dłoń.
- Kate Caufield. Dziewczyna Eda. – powiedziała opryskliwie, i, chcąc potwierdzić swoje słowa, owinęła się zaborczo wokół chłopaka, całując go namiętnie. Przewróciłam oczami ze znudzenia – błagam, niech mi ktoś powie, że to się nie dzieje naprawdę! Serio, myślałam, że Sheeran się bardziej szanuje, a nie zniża do poziomu tego czegoś. Takie przedstawienia kompletnie na mnie nie działały, z resztą nie byłam nim zainteresowana. Gdy wściekła marchewka odkleiła się od rudzielca, spojrzała na mnie ze satysfakcją i wyższością. Stwierdziłam, że nie pozostanę jej dłużna.
- Masz psa? – zapytałam Kate. Ta była wyraźnie zadziwiona kompletną zmianą tematu.
- Ta, bo co?
- Bo wygląda na to, że ma wściekliznę i Cię zaraził, bo się zachowujesz jak opętana. – palnęłam, a marchewka wpadła w totalną furię. Zaczęła biegać po tej małej salce, wymachując pomarańczowymi rękami i wykrzykując jakieś obelgi w moją stronę. W tym momencie i mi puściły emocje i zaczęłam zwijać się ze śmiechu. Caufield widząc to miała ochotę mnie rozszarpać, a jej twarz zrobiła się czerwona jak burak. Kątem oka spojrzałam na Eda, który też miał ubaw z całej akcji, ale starał się to ukrywać, by nie urazić swojej dziewczyny. Przytuliłam go na pożegnanie, pokazując środkowy palec marchewce, która zwijała się z zazdrości i wyszłam na hol, by trochę ochłonąć. Usiadłam na błękitnym, wygodnym fotelu, opierając głowę na kolanach. Całe piętro było już pogrążone w ciemnościach, podejrzewałam więc, że wszyscy pracownicy poszli już do domu. Po pustych korytarzach roznosiły się piskliwe krzyki Kate. Ale wkurzająca laska, masakra. Zaczęłam się zastanawiać – skoro Ed miał dziewczynę, to dlaczego przyszedł ze mną na imprezę? Przynajmniej rozumiałam już, dlaczego tamtego wieczoru posyłała mi mordercze spojrzenia. Nie ważne. Teraz musiałam się skupić na dojściu do domu.
- Amelia, Ty jeszcze tutaj? – uniosłam głowę i zobaczyłam Matta, który wchodził do budynku z dwoma wielkimi opakowaniami pizzy i kubkami kawy. Uśmiechnęłam się do niego.
- Matt, masz prawko? – mężczyzna spojrzał na mnie z politowaniem – chyba wszyscy mieli tu prawko. Ok, mało przemyślane pytanie. Wieczorami gorzej kontaktuję.
- Odwiózłbyś mnie do domu? – zapytałam błagalnym tonem. Byłam cholernie zmęczona, choć sama nie wiedziałam, czym.
- Jakbym mógł odmówić takiej ślicznotce? – odpowiedział zadziornie, a ja się zaśmiałam.

----------------------------------------
Jak Wam się podoba? :) Macie jakieś sugestie? 

niedziela, 22 marca 2015

Rozdział V

Droga coraz bardziej zagłębiała się w lesie, a ja traciłam widoczność i pewność siebie. Maszerowałam już dobrą godzinę, a obok mnie nie przejechał ani jeden samochód. Dodatkowo rany po wypadku zaczynały coraz bardziej boleć, a sukienka przestawała chronić przed zimnem. Odeszłam kawałek od drogi i gdy przysłonił mnie las, przebrałam się z powrotem w stare ubrania. Założyłam też szarą bluzę, którą zapomniałam oddać Edowi. Powróciłam na wcześniejszą trasę, lecz zaczynałam czuć się coraz gorzej. Z początku próbowałam to ignorować, bardziej skupiałam się na wydarzeniach dzisiejszej nocy, ale po kolejnej godzinie maszerowania nie byłam w stanie postawić już ani kroku. Wiedziałam, że zaraz zemdleję, więc zeszłam na pobocze i usiadłam, opierając się o jedno z drzew. Byłam, nie dość, że w środku lasu, to psychicznie w kompletnej rozsypce. Bałam się o mój staż, że coś mi nie pójdzie. Bałam się, że w tym tempie wrócę do domu za kilka dni. Bałam się zostawać sama na noc w lesie, ale wiedziałam, że nie mam innej opcji. To był pierwszy raz, kiedy przeklinałam moją bujną wyobraźnię, która zaczynała teraz działać i napawać mnie coraz większą niepewnością. Odżywały wspomnienia z dzieciństwa, gdy rodzice opowiadali o ‘’dziwnych ludziach’’, którzy chodzą po lesie. Myślałam o coraz bardziej dołujących sprawach, tych z przeszłości i tych, które na mnie czekają. W końcu zasnęłam.
Obudziły mnie promienie wschodzącego słońca. Na szczęście czułam się o wiele lepiej, więc ruszyłam w dalszą drogę do domu. Po godzinie ujrzałam pierwsze zabudowania Londynu, co naprawdę mnie ucieszyło. Miałam wręcz ochotę kogoś przytulić, lecz pewnie nie znalazłabym nikogo chętnego – przechodząc obok samochodu ujrzałam swoje odbicie w szybie i wyglądałam jak jakaś bezdomna. Za duża bluza, która nie pasowała do spódniczki, rozczochrane włosy i makijaż, który zostawił wielkie, czarne smugi na mojej twarzy. Dobrze, że była wczesna pora i nikt mnie nie widział. Szczęście chyba zaczynało mi sprzyjać, ponieważ dotarłam na przystanek, a po krótkim oczekiwaniu podjechał autobus jadący do centrum. Usiadłam z tyłu i wpatrywałam się w krajobraz za szybą. Ujrzałam szary dom, łudząco podobny do naszego, i nagle zrozumiałam, że moi przyjaciele kompletnie nie wiedzą, co się ze mną dzieje. Wyobrażałam sobie Emmę, która jak zawsze w stresujących sytuacjach krzyczy na każdą możliwą osobę i zabiera się za chorobliwe porządki, by zająć czymś swoje myśli, a Filip siedzi w zadumie na kanapie i próbuje ukryć swoje emocje, by uspokoić przyjaciółkę, lecz to tylko pogarsza sytuację i doprowadza ją do większego szału. Naprawdę im współczułam, sama umierałabym ze strachu, gdyby jedno z nich wyszło na niewinny spacer i zniknęło bez śladu. Ale nie byłam pewna, czy chcę im opowiedzieć historię zeszłego dnia. Na pewno dostanę niezły opieprz za ucieczkę ze szpitala i za nocowanie w środku lasu. A wszystko zaczęło się od niewinnego spaceru..
Stałam przed drzwiami szarego domu. Wahałam się, wręcz bałam wejść do środka. Nie chciałam nikogo widzieć, nie chciałam niczego opowiadać ani wysłuchiwać dobrych rad, które nic nie dawały. W końcu zapukałam. Drzwi otwarła mi Emma. Miała podkrążone oczy, twarz opuchniętą od płaczu, było widać jak na dłoni, że nie spała całą noc. Zaszlochała i rzuciła mi się bez słowa na szyję. Trwałyśmy w tym mocnym uścisku przez dobrą chwilę, aż w końcu weszłyśmy do środka.
- Nic mi nie jest. Chcę być sama. – szepnęłam, choć widziałam, że ją to rani. Nie byłam w stanie wydusić z siebie ani słowa. Poszłam wziąć gorący prysznic, przemyłam rany wodą utlenioną, przebrałam się w czyste ubrania i położyłam na łóżku. Miałam nadzieję, że zasnę, ponieważ byłam naprawdę zmęczona, ale sen się mnie nie imał. Za dużo myśli kłębiło się w mojej głowie. Postanowiłam rozpakować swoje ubrania z walizek, lecz zabrało mi to zdecydowanie za mało czasu.
Było południe. Na dworze padał lekki deszcz, a w domu panowała okropna atmosfera. Nikt się nie odzywał, wszyscy byli w szoku z powodu ostatnich wydarzeń. Mnie dodatkowo dobijała szara bluza, którą rzuciłam na komodę. Musiałam ją jakoś zwrócić Edowi, ale tak, by mnie nie widział. Nie chciałam się z nim konfrontować i gdybym tylko mogła, to odłożyłabym to w czasie jak najdalej, ale wiedziałam, że po rozpoczęciu stażu nie będę go miała za dużo. Westchnęłam i wyjęłam z brązowej torby laptopa, by sprawdzić na mapie miejsce, w którym nagrywa piosenki. No tak, centrum. Jakieś dwadzieścia minut spacerem ode mnie. Spojrzałam raz jeszcze na bluzę. Zaczynałam żałować, że w ogóle ją pożyczyłam.
Gdy wychodziłam z domu, przyjaciele spojrzeli na mnie z niedowierzaniem, ale nie miałam siły im tego tłumaczyć. W sumie nie wiedziałam, co mam ze sobą robić. Nie chciałam siedzieć sztywno w domu i nic nie robić, z resztą atmosfera była fatalna, ale nie miałam też ochoty na żadne przechadzki. Bądź, co bądź, moje sumienie kazało mi oddać tą cholerną bluzę, więc maszerowałam teraz energicznie w stronę budynku ze studiem nagraniowym. Po drodze wstąpiłam jeszcze do małej kawiarenki, gdzie kupiłam przepyszną, mrożoną kawę. Chyba jestem uzależniona od tego napoju, ponieważ zawsze wywołuje on na mojej twarzy uśmiech. Tamtym razem również dodał mi otuchy, dopóki nie stanęłam przed gmachem budynku nagraniowego. W moim gardle pojawiła się wtedy wielka gula, a wspomnienia dnia wczorajszego odżyły. Powtórzyłam w myślach raz jeszcze plan – wchodzę, zostawiam szybko ubranie w recepcji i wracam prędko do domu. Zero rozmów, oprócz recepcjonistki. No cóż, co by mogło pójść źle? Wzięłam głęboki oddech i przeszłam przez ruchome drzwi.
Wnętrze studia było nowoczesne, ściany pomalowano na niebieski i biały, a cały rozkład mebli i ozdobników został starannie przemyślany. Również pracownicy, którzy znajdowali się w holu, byli eleganccy, wszystko tworzyło tu spójną całość. Będąc w trampkach, czarnych legginsach i czerwonej koszuli w kratkę zdecydowanie się wyróżniałam i przyciągałam uwagę innych, czego chciałam uniknąć. Chwyciłam w dłonie feralną bluzę i podeszłam do recepcji.
- Dzień dobry, czy mogłabym zostawić tutaj bluzę dla Eda Sheerana?
- Proszę pani, czy wyglądam na szatnię? – kobieta zmierzyła mnie chłodnym wzrokiem.
- Nie, ale bardzo panią proszę.. – powiedziałam błagalnym tonem, ale angielka nie dawała za wygraną.
- Może ją pani zanieść do sali 7B. Do widzenia. – zakończyła ostro rozmowę i wróciła do wpisywania czegoś na komputerze. Co za oziębła suka. Zacisnęłam pięści i ruszyłam wzdłuż korytarza. Po kilku chwilach znalazłam poszukiwany pokój. Oparłam się o ścianę i nasłuchiwałam, czy ktoś tam jest, ale panowała totalna cisza. Nacisnęłam delikatnie klamkę i weszłam do środka. 

piątek, 20 marca 2015

Rozdział IV

Bardzo szybko dotarliśmy na miejsce, Ed jeździł jak szalony. Weszliśmy tylnymi drzwiami do willi i pognałam do łazienki, którą wskazał mi muzyk. Pomieszczenie było ogromne, jak chyba każdy pokój w tej posiadłości, a jego wyposażenie świadczyło o zamożności właściciela. Wysypałam zawartość torebki na blat i odetchnęłam z ulgą – wyjątkowo znajdowały się w niej szczotka, tusz do rzęs i eyeliner. Naprawdę rzadko zabierałam je z domu, dlatego moja radość była podwójna. Założyłam na siebie nową, prześliczną sukienkę i umalowałam się w wyjątkowo szybkim tempie. Przez chwilę zastanawiałam się co zrobić z moimi długimi, niesfornymi lokami, ale postanowiłam, że zostawię je rozpuszczone. Spakowałam stare ubrania do torby i przed wyjściem spojrzałam raz jeszcze w lustro – wyglądałam dobrze, ale moja twarz ukazywała, jak bardzo jestem zmęczona. Faktycznie, powieki same mi się zamykały, dlatego musiałam jak najszybciej napić się mocnej kawy.
- Wow. – powiedział chłopak, gdy do niego powróciłam. Uśmiechnęłam się, lecz tak naprawdę czułam się zakłopotana. Nie dość, że zakłopotana, to jeszcze zaczynał dopadać mnie lekki stres – gdyby to chociaż była zwykła impreza, a nie spotkanie śmietanki towarzyskiej! I jeszcze do tego byłam pewna, że padnie pytanie, dlaczego przyszłam z Edem. Rudzielec chyba rozgryzł, czym się przejmuję, ponieważ powiedział:
- Spokojnie, nie denerwuj się. Nie ma tu nikogo ważnego, tylko znajomi z pracy.
Wzięłam głęboki oddech, uśmiechnęłam się nieco sztucznie i ruszyłam razem z nim w stronę gości. Spodziewałam się, że wszyscy będą eleganccy i sztywni, natomiast było to zbiorowisko przeróżnych osobowości. Niektórzy faktycznie mieli stroje wieczorowe, ale duża część była ubrana w codzienne, luźne ubrania. Dzięki temu widokowi nieco się odprężyłam. Tuż po tym, jak weszliśmy do tego wielkiego, nowoczesnego salonu zaczepił nas gospodarz imprezy.
- Hej Ed, co to za ślicznotka? – przywitał nas, uśmiechając się wesoło, a mój towarzysz przybił mu piątkę. Rudzielec przez chwilę zastanawiał się nad odpowiedzią, a gdy w końcu ją wymyślił, z trudem opanowałam oburzenie.
- Jakby to powiedzieć.. Uratowałem ją od spędzania weekendu w szpitalu. – otwarłam szeroko oczy, niedowierzając jego słowom. Przecież to on naraził mnie na pobyt w tym śmierdzącym, nudnym miejscu!
- Amelia Lulińska. – powiedziałam chłodno, by nie dopuścić do kolejnych przekręconych historii Eda.
- Matt Waise. – anglik uśmiechnął się jeszcze szerzej i pocałował mnie w rękę.
- Więc, panno Lulińska, dlaczego znalazła się pani w szpitalu? – w tym samym momencie poczułam na sobie wzrok większości gości, a w szczególności muzyka, który w myślach błagał, bym nie puściła pary z ust.
- Zasłabłam.. tak.. przez przypadek spotkałam w holu Sheerana, który pomógł mi wyjść wcześniej. – odpowiedziałam niepewnie.
- Eddie, a co Ty w sumie robiłeś w szpitalu? – spytała poważnie kobieta w karminowej sukience, która siedziała naprzeciwko nas. Na moment, pomimo dudniącej muzyki, zapadła niezręczna cisza.
- Chcecie gadać, czy się bawić? – rudzielec zaśmiał się nerwowo i pochwycił szybko stojącą na stoliku puszkę piwa. Na szczęście goście nie przejęli się zbytnio naszą historią i szybko dali nam spokój. Pomimo tego, stres znów do mnie powrócił, postanowiłam więc udać się do kuchni i wreszcie napić się kawy.
Stojąc z dłońmi oplecionymi wokół kubka z gorącym napojem od razu poczułam się lepiej. Wyszłam na ogród, w którym znajdował się ogromny basen, a cały teren został subtelnie oświetlony. Trawa była tu idealnie przycięta, a pomiędzy kwiatami nie uchował się żaden chwast. Niesamowity widok. Serio, perfekcyjny. Marzyłam o takim ogrodzie. Wcześniej od zrobienia kawy oderwał mnie jakiś koleś, który koniecznie chciał zatańczyć, potem trafiłam na kilku innych, w tym i na Eda. W międzyczasie ktoś podał mi trochę alkoholu. Lecz teraz był ostatni dzwonek, by wypić pobudzający napój i nie zasnąć na kanapie w salonie.
Mogłabym tak stać godzinami. Niebo odsłaniało tysiące gwiazd, a lekki, ciepły wiatr dodawał jeszcze większego uroku. Wcale nie ciągnęło mnie do imprezy, choć nie była taka zła. Po prostu nie miałam ochoty. Gdy usłyszałam podpity głos wołający moje imię, cała ta bajka prysnęła jak bańka mydlana, a mój poziom wkurzenia mocno skoczył w górę. Odwróciłam się i ujrzałam wysokiego blondyna, bodajże Mike’a, który szedł, a właściwie toczył się w moją stronę po patio, w jednej ręce trzymając puszkę piwa, a w drugiej ćmika. Zacisnęłam zęby i próbowałam go wyminąć, by wrócić do domu i zniknąć w tłumie, lecz zagrodził mi drogę.
- Czekaj, panienko.. Amelia, tak? – powiedział zapitym głosem.
- Tak. – odpowiedziałam chłodno.
- Jesteś z Polski, prawda? – na końcu języka miałam już „gówno Cię to obchodzi”, ale w ostatniej chwili zdecydowałam się na kiwnięcie głową. Lepiej zachować maniery.
- Czym się zajmujesz? – blondyn dalej ciągnął konwersacje, lecz nie potrafiłam rozgryźć, po co. Na jego twarzy widniał złośliwy uśmieszek. Miałam ochotę przyłożyć mu w tą jego zapitą gębę, w ogóle chciałam wracać do domu. Zacisnęłam pięści, by chociaż w ten sposób dać upust mojej złości.
- Jestem studentką na wydziale reżyserii.
- Ooo, pani reżyser! – zawył.
- A ja mam swoją firmę. Prowadzę rzeźnię dla koni. – powiedział z dumą.
- Naprawdę genialny biznes! Dziennie zabijamy nawet dwieście koni, a zainteresowanie dalej rośnie.. – kontynuował, lecz jego dalsze słowa nie docierały już do mnie. Rzeźnia. Dla koni. W oczach stanęły mi łzy. Będąc w Polsce, los zwierząt nigdy nie był mi obojętny, zwłaszcza koni, do czego przyczynił się fakt, że przez długi czas jeździłam konno. Stale współpracowałam z fundacją, wykupywaliśmy te biedne zwierzęta z ich ostatniej podróży, a przede mną stał człowiek, który był za to wszystko odpowiedzialny. Bez jakiegokolwiek sumienia, ze satysfakcją patrzący, jak zwierzętom podcina się gardła. Miarka się przebrała, miałam go naprawdę dosyć.
- Ty zapita gnido. – powiedziałam z pogardą, a zdziwiony Mike przerwał swój ohydny monolog.
- Słucham? – wyszczerzył oczy.
- Ty zapita gnido! Jak śmiesz! Nie masz za grosz sumienia! Te zwierzęta cierpią, a Ty zarabiasz na tym pierdoloną forsę! – wpadłam w kompletny szał, przez co nawet nie zauważyłam, że reszta gości zaczęła nam się przyglądać. Natomiast chłopak uśmiechnął się złośliwie, czym jeszcze bardziej mnie sprowokował. Zamachnęłam się i przyłożyłam mu z całej siły w jego ohydny, nic nie warty ryj. Blondyn padł jak długi na ziemię, a ja zaczęłam go kopać, wykrzykując coraz to gorsze bluźnierstwa. Momentalnie znalazł się przy mnie Ed i chwytając mnie z całej siły za ramiona odciągnął na bok, natomiast reszta gości zebrała się wokół poszkodowanego. Większość była o dziwo rozbawiona, zapewne przez duże spożycie alkoholu tej nocy,  co jeszcze bardziej mnie nabuzowało, część zdziwiona, a tylko jedna kobieta wyrażała swoje oburzenie. Kobieta w karminowej sukience, która zadała nam wcześniej niewygodne pytanie.
- Co Ty wyprawiasz?! Pogrzało Cię?! – syknął oburzony. Dopiero teraz zdałam sobie sprawę, co zrobiłam. Ja wrócę do swojego szarego świata, a to on będzie musiał się tłumaczyć i przepraszać. Cholera, byłam zbyt emocjonalna. Część rzeczy miałam kompletnie gdzieś, ale jeśli ktoś mówił o czymś, na czym mi zależy, to trafiał prosto w moje serce. Nie wytrzymałam. Po policzkach zaczęły spływać mi łzy, najpierw pojedyncze, ale z chwili na chwilę było ich coraz więcej. Muzyk popatrzył na mnie smutno i przytulił, głaszcząc czule po plecach.
- Spokojnie.. Co się stało? – zapytał, ale w tym momencie mój szloch zamienił się w prawdziwy lament. Czułam się, jakby ktoś wcześniej wbił mi nóż w serce, a teraz go przekręcał. Naturalnie, rozumiałam Eda, ponieważ nie znał mnie i nie miał pojęcia co się stało, co mnie sprowokowało. Ale każda próba powiedzenia mu czegokolwiek kończyła się nową falą płaczu. W końcu oderwałam się od niego, zostawiając przy okazji na jego koszulce czarne plamy od makijażu, który się rozmazał.
- Przepraszam. – szepnęłam z trudem i zanim zdążył cokolwiek odpowiedzieć, zawróciłam szybko w stronę domu. Pochwyciłam swoją torebkę i unikając reszty gości wybiegłam z posiadłości, postanawiając wrócić się na pieszo. Była to okazja do przemyślenia całej sytuacji, z resztą nie potrafiłabym spojrzeć teraz Sheeranowi w twarz. W sumie współczułam mu, przyprowadził obcą laskę, która pobiła mu kumpla i zwiała. Ale nie żałowałam niczego. Gdybym miała drugą szansę, i tak przyłożyłabym Mike’owi. Ktoś musiał, a on w pełni na to zasługiwał.
Przed moim powrotem do domu stały tylko dwie przeszkody – nocne ciemności i kompletnie nieznana mi droga. Westchnęłam i ruszyłam na lewo nieoświetloną, asfaltową drogą. Miałam wrażenie, że las, w którym się znajduje, swoim szumem naśmiewa się ze mnie.


---------------------------------------------------------------
Jeej, najdłuższy rozdział :) Jak Wam się podoba?

czwartek, 19 marca 2015

Rozdział III


Chłopak stał jak wryty.
- Czemu aż tak Ci zależy, żeby stąd wyjść? – powiedział cicho.
- To mój pierwszy dzień w Londynie. Muszę przejechać trasę do studia, ogarnąć dom i się rozpakować, póki mam czas. Z resztą nie skończyłam czytać jeszcze scenariusza. – rudy westchnął ze zrezygnowaniem.
- Jak chcesz to zrobić? Przecież w holu jest recepcja i pełno lekarzy.
Gdy upewniłam się, że korytarz jest pusty przebiegłam cicho do łazienki, która znajdowała się kilkanaście metrów dalej. Zaczynał dopadać mnie lekki strach przed tym, że napotkam jakiegoś lekarza, ale starałam się odtrącić te myśli. W mgnieniu oka przebrałam się w stare ubrania, zastanawiając się przy okazji, kiedy ktokolwiek założył mi szpitalną pidżamę. Wygładziłam dłońmi błękitną koszulę, którą wsadziłam do czarnej, rozkloszowanej spódniczki, a na nogi włożyłam również czarne sztyblety, które pozostały z czasów, gdy jeździłam konno. Przemyłam twarz zimną wodą, a swoje długie, falowane włosy związałam w koka, po czym spojrzałam w lustro – wyglądałam normalnie, gdyby nie fakt, że podczas wypadku ostre krawędzie tablicy rejestracyjnej dosyć mocno poharatały mi brzuch, przez co koszula miała pamiątkowe ślady krwi. Zakryłam je, układając nienaturalnie ręce i przemknęłam z powrotem do pokoju, odczuwając coraz większy stres.
- Pomóż mi jakoś! – jęknęłam, odsłaniając poplamione ubranie. Ed stał chwilę w milczeniu, po czym ściągnął swoją szarą bluzę i podał mi ją, zostając w zwykłym, czarnym t-shirtcie. Moje nerwy widocznie mu się udzieliły, co dało się rozpoznać po nerwowym tupaniu nogą o wyblakłe linoleum i przygryzaniu wargi. Przełożyłam ubranie przez głowę i ruszyłam w stronę łóżka, by wziąć torebkę, lecz nie zdołałam do niego dojść. Momentalnie zasłabłam i wylądowałam na podłodze, tracąc na sekundę kontakt ze światem. Po chwili objawy zniknęły, lecz musiało wyglądać to dosyć groźnie, ponieważ Ed znalazł się tuż obok mnie z widocznym przerażeniem na twarzy.
- Na pewno chcesz stąd wyjść? – zapytał ostrożnie.
- Tak, nic mi nie będzie. – wyszeptałam, z trudem łapiąc oddech, jednak chłopak nadal był niepewny. W ramach potwierdzenia moich słów wstałam powoli z podłogi i posłałam mu ciepły uśmiech. Tym razem naprawdę szczery. Dziwiła mnie ta cała sytuacja – jednej osobie mówił, że nie obchodzi go moje zdrowie, a z drugiej robił kompletnie co innego. Jednak złość, której doznałam na początku naszego spotkania dawno już minęła, z resztą moje zdrowie nie obchodziło nawet mnie. Jeśli tworzyłabym listę ważnych rzeczy, to umieściłabym je na szarym końcu. Wiedziałam, że postępuję nieodpowiedzialnie, jak zawsze. Cholernie nieodpowiedzialnie.
Po upewnieniu się, że korytarz jest pusty, wyszliśmy razem miarowym krokiem w stronę wyjścia. Czułam się jak małe dziecko, które pierwszy raz idzie na wagary – w sumie nie wiedziałam, dlaczego aż tak się denerwuję. Tak naprawdę nigdy nie uciekałam ze szpitala, bo kiedy coś się działo, to broniłam się rękami i nogami, by do niego nie trafić. Skręciliśmy w prawo i przyspieszyliśmy kroku, ponieważ na naszym horyzoncie ukazały się drzwi wyjściowe. Jeszcze jakieś 200 metrów. Kątem oka zauważyłam dwie nastolatki czekające na przyjęcie przez lekarza, lecz oprócz nich hol był kompletnie pusty – nic dziwnego, w końcu zbliżała się 23. 100 metrów. Odwróciliśmy się raz jeszcze za siebie, by sprawdzić, czy nie widział nas żaden personel. I wtedy się zaczęło.
- Ed Sheeran! Ed Sheeran jest tutaj! – zapiszczała jedna z nastolatek, a echo rozniosło wieści po całym oddziale. Jej koleżanka ruszyła w naszym kierunku, natomiast z kilku stron dochodziły już dźwięki tupotu stóp. Rudzielec poczerwieniał ze złości i chwytając mnie za nadgarstek wybiegliśmy ze szpitala. Tuż przy budynku stało zaparkowane czarne audi, z którym niedawno miałam bliski kontakt. Prezentowało się jednak o wiele lepiej niż ja, i poza lekkim wgnieceniem na tablicy rejestracyjnej wyglądało jak nowe. Chłopak musiał mieć już chyba wprawę w uciekaniu, ponieważ w niemalże tej samej chwili otworzył dla mnie drzwi, usiadł w swoim fotelu i odpalił silnik. Zajęłam miejsce obok i ruszyliśmy z filmowym piskiem opon przed siebie. Przez kilka minut panowała kompletna, niezręczna cisza. W samochodzie unosił się słodki, waniliowy zapach, a każda część jego wnętrza, jak i zewnętrza wręcz krzyczała: „Jestem nowa!”. Podgrzewane fotele były wyjątkowo wygodne – od dawna na takich nie siedziałam, biorąc pod uwagę studenckie oszczędzanie. Czułam się, jakbym wręcz wylegiwała się przy ciepłym kominku, który stał w moim salonie w Polsce, a nie jechała z obcym mi mężczyzną przez nieznane miasto, co powoli zaczynało mnie usypiać. Do pełni szczęścia brakowało mi już tylko dobrej książki. Jednak nagle do mojego mózgu przebiła się – o dziwo – odpowiedzialna myśl. Dokąd wiózł mnie Ed? Przecież nie wiedział, gdzie mieszkam.
- Gdzie jedziemy? – spytałam oschle. Byłam zła, że musiałam przerwać popadanie w sen, którego tak bardzo potrzebowałam na koniec tego wyczerpującego dnia.
- Słuchaj.. Mój producent zrobił imprezę, są tam ważne osoby z biznesu, a ja muszę się tam pokazać.. – zaczął, a ja otwarłam usta ze zdziwienia.
- To bardzo fajnie, odwieź mnie do domu.
- Błagam Cię, muszę tam być! Zabiorę Cię ze sobą, a potem odwiozę do domu, albo możesz nocować u mnie, jak chcesz. Możesz nawet przesiedzieć te kilka godzin w pokoju, tylko błagam! – jęknął.
- Mogę nawet przesiedzieć imprezę w pokoju, co za łaska! – oburzyłam się.
- Z resztą, spójrz na mnie. Nie jestem ubrana odpowiednio na imprezę. Bo Ty myślisz, że jak jesteś gwiazdą to będę przez Ciebie zarywać pół nocy i paradować w brudnych ubraniach?! – rozkręcałam się coraz bardziej. Ed natomiast widocznie posmutniał. Widząc to, naprawdę się zdziwiłam – powinien się na mnie zezłościć, ale żeby martwić? Ta impreza musiała być dla niego serio ważna, ale nie znał mnie na tyle, by wiedzieć, że zawsze wybuchowo reaguję.
- Sorry, jestem zmęczona tym całym dniem. W takich chwilach zawsze się robię marudna. – burknęłam.
- Jak chcesz, to po drodze będziemy mijać jakiś sklepik z ciuchami, mogę Ci kupić coś do ubrania. – zaproponował, a ja pokiwałam głową. Impreza w otoczeniu snobów nie napawała mnie radością, ale byłam gotowa się poświęcić. Znaczy, będę gotowa, jak wypiję mocną kawę.
- Ale wisisz mi przysługę! – powiedziałam zaczepnie, a on odpowiedział mi słodkim uśmiechem.
Po tym, jak Ed powiedział ‘sklepik’ wyobrażałam sobie mały budynek na boku nieoświetlonej, zapomnianej drogi, prowadzącej do posiadłości jego znajomego pod miastem. Jak bardzo się myliłam! Pomimo, że byliśmy już na obrzeżach Londynu, to nawet tutaj znajdowały się centra handlowe. Zatrzymaliśmy się przy jednym z nich i weszliśmy, a właściwie wbiegliśmy do pierwszego, lepszego butiku. Chłopak ciągle mnie poganiał, więc pochwyciłam dwie sukienki z brzegu wystawy  i poszłam je przymierzyć. Tu już niestety nie mogłam się spieszyć, ze względu na rany na brzuchu i udach, ale i tak w miarę szybko pokazałam się mojemu towarzyszowi w pierwszej kreacji. Była to miętowa, rozkloszowana u dołu sukienka, która kończyła się nad kolanami, idealnie zakrywając pamiątki po wypadku. Talię opasał brązowy, cienki pasek, a całość była zawieszona na dwóch ledwo widocznych ramiączkach.
- Jest cudowna! Bierzemy ją i wychodzimy. – powiedział, ciągnąc mnie w stronę kasy.
- Poczekaj! Muszę się przebrać, z resztą nie widziałeś jeszcze drugiej, koralowej. – Ed przewrócił oczami i uśmiechnął się szarmancko.
- A możesz wyglądać jeszcze piękniej? – poczułam, jak na moje policzki wylewają się wielkie, czerwone rumieńce.

--------------------------------------------------------
No i jest 3 rozdział c: Jakieś opinie, ktoś coś? Będę wdzięczna! :)