Gdy tylko przekroczyłam próg pokoju, odetchnęłam z ulgą –
faktycznie nikogo tu nie było. Weszłam energicznie do środka i odłożyłam bluzę
na małej, pikowanej kanapie. Jej widok przypominał mi o tym cholernym
wieczorze. Musiałam się jej pozbyć. Na chwilę pochłonęły mnie wspomnienia z
dnia wczorajszego – wypadek, bójka, Sheeran.. Właśnie, Sheeran.. Obym go nie
spotkała. Nie miałam siły nikomu tłumaczyć swojego zachowania, zwłaszcza obcej
osobie.
Z zamyślenia wyrwał mnie trzask drzwi, które zamknęły się automatycznie pod wpływem mechanizmu. Dopadły mnie lekkie nerwy, że ktoś zwróci uwagę na hałas i tu przyjdzie, więc podeszłam szybko do wyjścia i chwyciłam za mosiężną klamkę. Ani drgnęła. Zaczęłam się z nią mocować, kończąc na całkowitym wieszaniu się na niej, lecz nic nie dawało zamierzonego skutku. Drzwi się zatrzasnęły. Utknęłam w tym cholernym pokoju. Ekstra.
Przechadzałam się po pomieszczeniu, rozmyślając gorączkowo, jak się stąd wydostać. Może to wcale nie było studio Eda? Tak, na pewno kierowali tu fanki. W sumie od początku byłam zadziwiona, że tak łatwo się tu dostałam, zero ochrony czy jakichkolwiek pytań. Powoli się uspokajałam – w końcu ktoś tu przyjdzie, a jeśli będzie mi zależało na wyjściu, zawsze mogę zacząć wrzeszczeć. Może nawet dobrze, że tu trafiłam – przecież szukałam miejsca, w którym będę mogła z dala od kogokolwiek pozbierać myśli. Usiadłam na kanapie i rozejrzałam się wokół siebie. Pomieszczenie było wyjątkowo ciemne – wszystkiemu winny był bordowy kolor ścian i brak choćby najmniejszego okna. Przede mną stał ogrom sprzętu do nagrywania, na którym się kompletnie nie znałam, a dalej za szybą znajdowało się kilka mikrofonów i instrumentów. Mogłam się naprawdę cieszyć, że nie mam klaustrofobii, bo pokój był miniaturowy, jakby zrobiony na wymiar do ilości niezbędnego sprzętu. Położyłam się na przykrótkiej, jak dla mnie, kanapie, opierając głowę na szarej bluzie. Poczułam przyjemną woń perfum rudzielca. Po dłuższej chwili oczy zaczęły mi się same zamykać. O tak, drzemka zdecydowanie poprawi mi humor.
Usłyszałam cichą rozmowę. Rozum kazał mi otworzyć oczy, lecz nie chciałam się uwalniać z przyjemnego zaspania, więc postanowiłam przypomnieć sobie, co się stało. No tak. Studio, zatrzaśnięte drzwi, kanapa. Na myśl tego ostatniego lekko się skrzywiłam. Mebel był, co prawda, wyjątkowo elegancki, lecz także cholernie niewygodny, przez co odczuwałam potworny ból kręgosłupa. Jęknęłam, przewracając się na drugi bok i poczułam, jak z moich ramion spada miękki koc. Zamarłam. W końcu nie przykrywałam się żadnym kocem. Nagle rozmowa ucichła. Otwarłam oczy i gwałtownie podniosłam się do góry, przez co chwilowo zakręciło mi się w głowie.
-Amelia! - poznałam znajomy głos. To był Matt. Zamrugałam kilka razy, by odzyskać ostrość wzroku i dostrzegłam rudzielca, który stał kilka metrów dalej. Cholera. Otwarłam usta, lecz nie wiedziałam, co powiedzieć. Waise zaśmiał się cicho.
-No, widzę, że odsypiasz jeszcze po imprezie, dałaś czadu! Do zobaczenia na następnej! – mrugnął do mnie, po czym pożegnał się z rudzielcem i wyszedł z pokoju. Jego słowa rozbrzmiewały jak echo w mojej głowie, powoli do mnie docierając. Wróć, czy on mnie zaprosił na kolejną imprezę? Gospodarz zabawy był chyba serio szurnięty.
Korzystając z mojego zamyślenia, Sheeran usiadł obok mnie. W powietrzu dało się wręcz wyczuć napiętą atmosferę. Trwaliśmy chwilę w niezręcznej ciszy, nie wiedząc, jak zacząć rozmowę. Wzięłam głęboki oddech.
- Chciałam Ci oddać bluzę, ale drzwi się zatrzasnęły. Dzięki za pożyczenie. – chłopak kiwnął głową i odebrał ode mnie ubranie. Na chwilę znów nastała cisza.
- Co się wtedy stało? – zapytał, a ja przełknęłam głośno ślinę. Wiedziałam, że o to zapyta, nie dziwiłam mu się. Uniosłam na chwilę brwi i wypuściłam ze świstem powietrze.
- Ok, powiem Ci. Ale Ty mi powiesz coś w zamian. Cokolwiek. – wzruszyłam obojętnie ramionami, widząc pytające spojrzenie towarzysza. Rudzielec przytaknął, więc, powstrzymując łzy, zaczęłam opowiadać o tym, czemu przyłożyłam pijanemu blondynowi i dlaczego tak bardzo dotknęły mnie jego słowa. Oczywiście nie obyło się bez płaczu przy opowiadaniu historii z Polski, kiedy to pracowałam w fundacji, która ratowała konie z rzeźni, kiedy jeździłyśmy z dziewczynami w nocy na targi konne, skąd zwierzęta wyruszały w swoją ostatnią podróż ścieśnione w transporterach, mocno poranione, bez wody i jedzenia do Włoch. Setki kilometrów w śmiertelnych warunkach część nie przeżywała. Reszta i tak była zabijana na miejscu, bez żadnych skrupułów. Kompletnie nie rozumiałam, jak człowiek nie może mieć w sobie choć cienia empatii. Lecz w tych momentach Sheeran obejmował mnie czule ramieniem i przyciągał do siebie, dodając otuchy. Kiedy skończyłam swój bolesny monolog i otarłam łzy z twarzy, powiedziałam:
- Teraz Twoja kolej. Opowiedz mi coś o sobie.
Chłopak uśmiechnął się zawadiacko. Zaczął mówić o początkach swojej kariery, domu rodzinnym, w sumie dosyć chaotycznie, o wszystkim i o niczym. Co chwila wtrącał coś zabawnego, a z mojej twarzy nie znikał uśmiech. Naprawdę dobrze mi się z nim gadało. Potem znów nadeszła moja kolej – i tak na zmianę wymienialiśmy się informacjami o sobie. Brak okna, czy zegara ściennego spowodował, że kompletnie straciłam rachubę czasu. Gdy Ed wyjął telefon, okazało się, że jest północ, więc zerwałam się na równe nogi.
- Cholera, jak późno! Muszę wracać, przyjaciele mnie zabiją! – pobladłam, lecz moja twarz nadal była ciemniejsza od Eda. Emma z pewnością popadła już w histerię po ostatnim wybryku.
- Odwiozę Cię. – zaproponował Ed, lecz zaprzeczyłam. I tak zajęłam mu już za dużo czasu.
- No chyba nie myślisz, że Cię puszczę samą! – powiedział, gdy podałam mu adres domu. Wzruszyłam ramionami – nie raz wracałam się później tymi dzielnicami, które w Poznaniu uchodziły za niebezpieczne (lecz jak dla mnie to bujda, kto by się bał łysych dresów?) , ale rudzielec nie przyjmował odmowy. Przewróciłam oczami i zgodziłam się, byleby tylko przestał mnie zadręczać opowieściami o ‘’ciemnych stronach’’ Londynu. To było śmieszne.
Chwyciłam swoją torebkę i mieliśmy już wychodzić, gdy nagle drzwi zostały otworzone z impetem przez jakąś dziewczynę. Rozpoznałam ją bez problemu – była to kobieta w karminowej sukience z imprezy, której jako jedynej nie przypadłam do gustu. Była zbulwersowana, wręcz oburzona, co podkreślały jej ognistorude loki, które sterczały w każdą możliwą stronę. W ogóle wyglądała śmiesznie, cała była pomarańczowa od samoopalacza, a do tego ubrała się w czerwoną sukienkę. W jej oczach błyskały ogniki złości. Z takim wyglądem zdecydowanie mogłaby zostać pomocnikiem diabła w jakimś przedstawieniu dla dzieci, o ile te by się jej nie wystraszyły.
- Gdzieś Ty się podziewał?! Miałeś odebrać mnie z galerii! Przez Ciebie musiałam jechać.. taksówką! – wrzeszczała, a ostatnie słowo wypowiedziała z obrzydzeniem. Echo rozniosło krzyki po całym piętrze.
- Miałem więcej pracy… - Sheeran zaczął przepraszać, lecz ta chodząca, wściekła marchewka weszła mu w słowo. W sumie, ja też powinnam być skruszona, bo to z mojej winy chłopak nawalił, ale zamiast tego miałam niezły ubaw. Naprawdę, zmutowana marchewka, która nauczyła się chodzić i mówić stała tuż przede mną!
- Z nią? – spytała pogardliwie, mierząc mnie wzrokiem. Podeszła bliżej, a jej ogromne szpilki zastukały o posadzkę.
- Tak.. Piszemy razem piosenkę, będziemy śpiewać w duecie. – niebieskooki zaczął ściemniać, a ja przytaknęłam, ledwo powstrzymując śmiech. Nie chciałam mu robić więcej problemów.
- Amelia Lulińska. – przedstawiłam się, a kobieta, z grymasem na twarzy, niechętnie uścisnęła moją dłoń.
- Kate Caufield. Dziewczyna Eda. – powiedziała opryskliwie, i, chcąc potwierdzić swoje słowa, owinęła się zaborczo wokół chłopaka, całując go namiętnie. Przewróciłam oczami ze znudzenia – błagam, niech mi ktoś powie, że to się nie dzieje naprawdę! Serio, myślałam, że Sheeran się bardziej szanuje, a nie zniża do poziomu tego czegoś. Takie przedstawienia kompletnie na mnie nie działały, z resztą nie byłam nim zainteresowana. Gdy wściekła marchewka odkleiła się od rudzielca, spojrzała na mnie ze satysfakcją i wyższością. Stwierdziłam, że nie pozostanę jej dłużna.
- Masz psa? – zapytałam Kate. Ta była wyraźnie zadziwiona kompletną zmianą tematu.
- Ta, bo co?
- Bo wygląda na to, że ma wściekliznę i Cię zaraził, bo się zachowujesz jak opętana. – palnęłam, a marchewka wpadła w totalną furię. Zaczęła biegać po tej małej salce, wymachując pomarańczowymi rękami i wykrzykując jakieś obelgi w moją stronę. W tym momencie i mi puściły emocje i zaczęłam zwijać się ze śmiechu. Caufield widząc to miała ochotę mnie rozszarpać, a jej twarz zrobiła się czerwona jak burak. Kątem oka spojrzałam na Eda, który też miał ubaw z całej akcji, ale starał się to ukrywać, by nie urazić swojej dziewczyny. Przytuliłam go na pożegnanie, pokazując środkowy palec marchewce, która zwijała się z zazdrości i wyszłam na hol, by trochę ochłonąć. Usiadłam na błękitnym, wygodnym fotelu, opierając głowę na kolanach. Całe piętro było już pogrążone w ciemnościach, podejrzewałam więc, że wszyscy pracownicy poszli już do domu. Po pustych korytarzach roznosiły się piskliwe krzyki Kate. Ale wkurzająca laska, masakra. Zaczęłam się zastanawiać – skoro Ed miał dziewczynę, to dlaczego przyszedł ze mną na imprezę? Przynajmniej rozumiałam już, dlaczego tamtego wieczoru posyłała mi mordercze spojrzenia. Nie ważne. Teraz musiałam się skupić na dojściu do domu.
- Amelia, Ty jeszcze tutaj? – uniosłam głowę i zobaczyłam Matta, który wchodził do budynku z dwoma wielkimi opakowaniami pizzy i kubkami kawy. Uśmiechnęłam się do niego.
- Matt, masz prawko? – mężczyzna spojrzał na mnie z politowaniem – chyba wszyscy mieli tu prawko. Ok, mało przemyślane pytanie. Wieczorami gorzej kontaktuję.
- Odwiózłbyś mnie do domu? – zapytałam błagalnym tonem. Byłam cholernie zmęczona, choć sama nie wiedziałam, czym.
- Jakbym mógł odmówić takiej ślicznotce? – odpowiedział zadziornie, a ja się zaśmiałam.
----------------------------------------
Jak Wam się podoba? :) Macie jakieś sugestie?
Z zamyślenia wyrwał mnie trzask drzwi, które zamknęły się automatycznie pod wpływem mechanizmu. Dopadły mnie lekkie nerwy, że ktoś zwróci uwagę na hałas i tu przyjdzie, więc podeszłam szybko do wyjścia i chwyciłam za mosiężną klamkę. Ani drgnęła. Zaczęłam się z nią mocować, kończąc na całkowitym wieszaniu się na niej, lecz nic nie dawało zamierzonego skutku. Drzwi się zatrzasnęły. Utknęłam w tym cholernym pokoju. Ekstra.
Przechadzałam się po pomieszczeniu, rozmyślając gorączkowo, jak się stąd wydostać. Może to wcale nie było studio Eda? Tak, na pewno kierowali tu fanki. W sumie od początku byłam zadziwiona, że tak łatwo się tu dostałam, zero ochrony czy jakichkolwiek pytań. Powoli się uspokajałam – w końcu ktoś tu przyjdzie, a jeśli będzie mi zależało na wyjściu, zawsze mogę zacząć wrzeszczeć. Może nawet dobrze, że tu trafiłam – przecież szukałam miejsca, w którym będę mogła z dala od kogokolwiek pozbierać myśli. Usiadłam na kanapie i rozejrzałam się wokół siebie. Pomieszczenie było wyjątkowo ciemne – wszystkiemu winny był bordowy kolor ścian i brak choćby najmniejszego okna. Przede mną stał ogrom sprzętu do nagrywania, na którym się kompletnie nie znałam, a dalej za szybą znajdowało się kilka mikrofonów i instrumentów. Mogłam się naprawdę cieszyć, że nie mam klaustrofobii, bo pokój był miniaturowy, jakby zrobiony na wymiar do ilości niezbędnego sprzętu. Położyłam się na przykrótkiej, jak dla mnie, kanapie, opierając głowę na szarej bluzie. Poczułam przyjemną woń perfum rudzielca. Po dłuższej chwili oczy zaczęły mi się same zamykać. O tak, drzemka zdecydowanie poprawi mi humor.
Usłyszałam cichą rozmowę. Rozum kazał mi otworzyć oczy, lecz nie chciałam się uwalniać z przyjemnego zaspania, więc postanowiłam przypomnieć sobie, co się stało. No tak. Studio, zatrzaśnięte drzwi, kanapa. Na myśl tego ostatniego lekko się skrzywiłam. Mebel był, co prawda, wyjątkowo elegancki, lecz także cholernie niewygodny, przez co odczuwałam potworny ból kręgosłupa. Jęknęłam, przewracając się na drugi bok i poczułam, jak z moich ramion spada miękki koc. Zamarłam. W końcu nie przykrywałam się żadnym kocem. Nagle rozmowa ucichła. Otwarłam oczy i gwałtownie podniosłam się do góry, przez co chwilowo zakręciło mi się w głowie.
-Amelia! - poznałam znajomy głos. To był Matt. Zamrugałam kilka razy, by odzyskać ostrość wzroku i dostrzegłam rudzielca, który stał kilka metrów dalej. Cholera. Otwarłam usta, lecz nie wiedziałam, co powiedzieć. Waise zaśmiał się cicho.
-No, widzę, że odsypiasz jeszcze po imprezie, dałaś czadu! Do zobaczenia na następnej! – mrugnął do mnie, po czym pożegnał się z rudzielcem i wyszedł z pokoju. Jego słowa rozbrzmiewały jak echo w mojej głowie, powoli do mnie docierając. Wróć, czy on mnie zaprosił na kolejną imprezę? Gospodarz zabawy był chyba serio szurnięty.
Korzystając z mojego zamyślenia, Sheeran usiadł obok mnie. W powietrzu dało się wręcz wyczuć napiętą atmosferę. Trwaliśmy chwilę w niezręcznej ciszy, nie wiedząc, jak zacząć rozmowę. Wzięłam głęboki oddech.
- Chciałam Ci oddać bluzę, ale drzwi się zatrzasnęły. Dzięki za pożyczenie. – chłopak kiwnął głową i odebrał ode mnie ubranie. Na chwilę znów nastała cisza.
- Co się wtedy stało? – zapytał, a ja przełknęłam głośno ślinę. Wiedziałam, że o to zapyta, nie dziwiłam mu się. Uniosłam na chwilę brwi i wypuściłam ze świstem powietrze.
- Ok, powiem Ci. Ale Ty mi powiesz coś w zamian. Cokolwiek. – wzruszyłam obojętnie ramionami, widząc pytające spojrzenie towarzysza. Rudzielec przytaknął, więc, powstrzymując łzy, zaczęłam opowiadać o tym, czemu przyłożyłam pijanemu blondynowi i dlaczego tak bardzo dotknęły mnie jego słowa. Oczywiście nie obyło się bez płaczu przy opowiadaniu historii z Polski, kiedy to pracowałam w fundacji, która ratowała konie z rzeźni, kiedy jeździłyśmy z dziewczynami w nocy na targi konne, skąd zwierzęta wyruszały w swoją ostatnią podróż ścieśnione w transporterach, mocno poranione, bez wody i jedzenia do Włoch. Setki kilometrów w śmiertelnych warunkach część nie przeżywała. Reszta i tak była zabijana na miejscu, bez żadnych skrupułów. Kompletnie nie rozumiałam, jak człowiek nie może mieć w sobie choć cienia empatii. Lecz w tych momentach Sheeran obejmował mnie czule ramieniem i przyciągał do siebie, dodając otuchy. Kiedy skończyłam swój bolesny monolog i otarłam łzy z twarzy, powiedziałam:
- Teraz Twoja kolej. Opowiedz mi coś o sobie.
Chłopak uśmiechnął się zawadiacko. Zaczął mówić o początkach swojej kariery, domu rodzinnym, w sumie dosyć chaotycznie, o wszystkim i o niczym. Co chwila wtrącał coś zabawnego, a z mojej twarzy nie znikał uśmiech. Naprawdę dobrze mi się z nim gadało. Potem znów nadeszła moja kolej – i tak na zmianę wymienialiśmy się informacjami o sobie. Brak okna, czy zegara ściennego spowodował, że kompletnie straciłam rachubę czasu. Gdy Ed wyjął telefon, okazało się, że jest północ, więc zerwałam się na równe nogi.
- Cholera, jak późno! Muszę wracać, przyjaciele mnie zabiją! – pobladłam, lecz moja twarz nadal była ciemniejsza od Eda. Emma z pewnością popadła już w histerię po ostatnim wybryku.
- Odwiozę Cię. – zaproponował Ed, lecz zaprzeczyłam. I tak zajęłam mu już za dużo czasu.
- No chyba nie myślisz, że Cię puszczę samą! – powiedział, gdy podałam mu adres domu. Wzruszyłam ramionami – nie raz wracałam się później tymi dzielnicami, które w Poznaniu uchodziły za niebezpieczne (lecz jak dla mnie to bujda, kto by się bał łysych dresów?) , ale rudzielec nie przyjmował odmowy. Przewróciłam oczami i zgodziłam się, byleby tylko przestał mnie zadręczać opowieściami o ‘’ciemnych stronach’’ Londynu. To było śmieszne.
Chwyciłam swoją torebkę i mieliśmy już wychodzić, gdy nagle drzwi zostały otworzone z impetem przez jakąś dziewczynę. Rozpoznałam ją bez problemu – była to kobieta w karminowej sukience z imprezy, której jako jedynej nie przypadłam do gustu. Była zbulwersowana, wręcz oburzona, co podkreślały jej ognistorude loki, które sterczały w każdą możliwą stronę. W ogóle wyglądała śmiesznie, cała była pomarańczowa od samoopalacza, a do tego ubrała się w czerwoną sukienkę. W jej oczach błyskały ogniki złości. Z takim wyglądem zdecydowanie mogłaby zostać pomocnikiem diabła w jakimś przedstawieniu dla dzieci, o ile te by się jej nie wystraszyły.
- Gdzieś Ty się podziewał?! Miałeś odebrać mnie z galerii! Przez Ciebie musiałam jechać.. taksówką! – wrzeszczała, a ostatnie słowo wypowiedziała z obrzydzeniem. Echo rozniosło krzyki po całym piętrze.
- Miałem więcej pracy… - Sheeran zaczął przepraszać, lecz ta chodząca, wściekła marchewka weszła mu w słowo. W sumie, ja też powinnam być skruszona, bo to z mojej winy chłopak nawalił, ale zamiast tego miałam niezły ubaw. Naprawdę, zmutowana marchewka, która nauczyła się chodzić i mówić stała tuż przede mną!
- Z nią? – spytała pogardliwie, mierząc mnie wzrokiem. Podeszła bliżej, a jej ogromne szpilki zastukały o posadzkę.
- Tak.. Piszemy razem piosenkę, będziemy śpiewać w duecie. – niebieskooki zaczął ściemniać, a ja przytaknęłam, ledwo powstrzymując śmiech. Nie chciałam mu robić więcej problemów.
- Amelia Lulińska. – przedstawiłam się, a kobieta, z grymasem na twarzy, niechętnie uścisnęła moją dłoń.
- Kate Caufield. Dziewczyna Eda. – powiedziała opryskliwie, i, chcąc potwierdzić swoje słowa, owinęła się zaborczo wokół chłopaka, całując go namiętnie. Przewróciłam oczami ze znudzenia – błagam, niech mi ktoś powie, że to się nie dzieje naprawdę! Serio, myślałam, że Sheeran się bardziej szanuje, a nie zniża do poziomu tego czegoś. Takie przedstawienia kompletnie na mnie nie działały, z resztą nie byłam nim zainteresowana. Gdy wściekła marchewka odkleiła się od rudzielca, spojrzała na mnie ze satysfakcją i wyższością. Stwierdziłam, że nie pozostanę jej dłużna.
- Masz psa? – zapytałam Kate. Ta była wyraźnie zadziwiona kompletną zmianą tematu.
- Ta, bo co?
- Bo wygląda na to, że ma wściekliznę i Cię zaraził, bo się zachowujesz jak opętana. – palnęłam, a marchewka wpadła w totalną furię. Zaczęła biegać po tej małej salce, wymachując pomarańczowymi rękami i wykrzykując jakieś obelgi w moją stronę. W tym momencie i mi puściły emocje i zaczęłam zwijać się ze śmiechu. Caufield widząc to miała ochotę mnie rozszarpać, a jej twarz zrobiła się czerwona jak burak. Kątem oka spojrzałam na Eda, który też miał ubaw z całej akcji, ale starał się to ukrywać, by nie urazić swojej dziewczyny. Przytuliłam go na pożegnanie, pokazując środkowy palec marchewce, która zwijała się z zazdrości i wyszłam na hol, by trochę ochłonąć. Usiadłam na błękitnym, wygodnym fotelu, opierając głowę na kolanach. Całe piętro było już pogrążone w ciemnościach, podejrzewałam więc, że wszyscy pracownicy poszli już do domu. Po pustych korytarzach roznosiły się piskliwe krzyki Kate. Ale wkurzająca laska, masakra. Zaczęłam się zastanawiać – skoro Ed miał dziewczynę, to dlaczego przyszedł ze mną na imprezę? Przynajmniej rozumiałam już, dlaczego tamtego wieczoru posyłała mi mordercze spojrzenia. Nie ważne. Teraz musiałam się skupić na dojściu do domu.
- Amelia, Ty jeszcze tutaj? – uniosłam głowę i zobaczyłam Matta, który wchodził do budynku z dwoma wielkimi opakowaniami pizzy i kubkami kawy. Uśmiechnęłam się do niego.
- Matt, masz prawko? – mężczyzna spojrzał na mnie z politowaniem – chyba wszyscy mieli tu prawko. Ok, mało przemyślane pytanie. Wieczorami gorzej kontaktuję.
- Odwiózłbyś mnie do domu? – zapytałam błagalnym tonem. Byłam cholernie zmęczona, choć sama nie wiedziałam, czym.
- Jakbym mógł odmówić takiej ślicznotce? – odpowiedział zadziornie, a ja się zaśmiałam.
----------------------------------------
Jak Wam się podoba? :) Macie jakieś sugestie?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz