Bardzo
szybko dotarliśmy na miejsce, Ed jeździł jak szalony. Weszliśmy tylnymi
drzwiami do willi i pognałam do łazienki, którą wskazał mi muzyk. Pomieszczenie
było ogromne, jak chyba każdy pokój w tej posiadłości, a jego wyposażenie
świadczyło o zamożności właściciela. Wysypałam zawartość torebki na blat i
odetchnęłam z ulgą – wyjątkowo znajdowały się w niej szczotka, tusz do rzęs i
eyeliner. Naprawdę rzadko zabierałam je z domu, dlatego moja radość była
podwójna. Założyłam na siebie nową, prześliczną sukienkę i umalowałam się w
wyjątkowo szybkim tempie. Przez chwilę zastanawiałam się co zrobić z moimi
długimi, niesfornymi lokami, ale postanowiłam, że zostawię je rozpuszczone.
Spakowałam stare ubrania do torby i przed wyjściem spojrzałam raz jeszcze w
lustro – wyglądałam dobrze, ale moja twarz ukazywała, jak bardzo jestem
zmęczona. Faktycznie, powieki same mi się zamykały, dlatego musiałam jak
najszybciej napić się mocnej kawy.
- Wow. – powiedział chłopak, gdy do niego powróciłam. Uśmiechnęłam się, lecz
tak naprawdę czułam się zakłopotana. Nie dość, że zakłopotana, to jeszcze
zaczynał dopadać mnie lekki stres – gdyby to chociaż była zwykła impreza, a nie
spotkanie śmietanki towarzyskiej! I jeszcze do tego byłam pewna, że padnie
pytanie, dlaczego przyszłam z Edem. Rudzielec chyba rozgryzł, czym się
przejmuję, ponieważ powiedział:
- Spokojnie, nie denerwuj się. Nie ma tu nikogo ważnego, tylko znajomi z pracy.
Wzięłam głęboki oddech, uśmiechnęłam się nieco sztucznie i ruszyłam razem z nim
w stronę gości. Spodziewałam się, że wszyscy będą eleganccy i sztywni,
natomiast było to zbiorowisko przeróżnych osobowości. Niektórzy faktycznie
mieli stroje wieczorowe, ale duża część była ubrana w codzienne, luźne ubrania.
Dzięki temu widokowi nieco się odprężyłam. Tuż po tym, jak weszliśmy do tego
wielkiego, nowoczesnego salonu zaczepił nas gospodarz imprezy.
- Hej Ed, co to za ślicznotka? – przywitał nas, uśmiechając się wesoło, a mój
towarzysz przybił mu piątkę. Rudzielec przez chwilę zastanawiał się nad
odpowiedzią, a gdy w końcu ją wymyślił, z trudem opanowałam oburzenie.
- Jakby to powiedzieć.. Uratowałem ją od spędzania weekendu w szpitalu. –
otwarłam szeroko oczy, niedowierzając jego słowom. Przecież to on naraził mnie
na pobyt w tym śmierdzącym, nudnym miejscu!
- Amelia Lulińska. – powiedziałam chłodno, by nie dopuścić do kolejnych
przekręconych historii Eda.
- Matt Waise. – anglik uśmiechnął się jeszcze szerzej i pocałował mnie w rękę.
- Więc, panno Lulińska, dlaczego znalazła się pani w szpitalu? – w tym samym
momencie poczułam na sobie wzrok większości gości, a w szczególności muzyka,
który w myślach błagał, bym nie puściła pary z ust.
- Zasłabłam.. tak.. przez przypadek spotkałam w holu Sheerana, który pomógł mi
wyjść wcześniej. – odpowiedziałam niepewnie.
- Eddie, a co Ty w sumie robiłeś w szpitalu? – spytała poważnie kobieta w
karminowej sukience, która siedziała naprzeciwko nas. Na moment, pomimo
dudniącej muzyki, zapadła niezręczna cisza.
- Chcecie gadać, czy się bawić? – rudzielec zaśmiał się nerwowo i pochwycił
szybko stojącą na stoliku puszkę piwa. Na szczęście goście nie przejęli się
zbytnio naszą historią i szybko dali nam spokój. Pomimo tego, stres znów do
mnie powrócił, postanowiłam więc udać się do kuchni i wreszcie napić się kawy.
Stojąc z dłońmi oplecionymi wokół kubka z gorącym napojem od razu poczułam się
lepiej. Wyszłam na ogród, w którym znajdował się ogromny basen, a cały teren został
subtelnie oświetlony. Trawa była tu idealnie przycięta, a pomiędzy kwiatami nie
uchował się żaden chwast. Niesamowity widok. Serio, perfekcyjny. Marzyłam o
takim ogrodzie. Wcześniej od zrobienia kawy oderwał mnie jakiś koleś, który
koniecznie chciał zatańczyć, potem trafiłam na kilku innych, w tym i na Eda. W
międzyczasie ktoś podał mi trochę alkoholu. Lecz teraz był ostatni dzwonek, by
wypić pobudzający napój i nie zasnąć na kanapie w salonie.
Mogłabym tak stać godzinami. Niebo odsłaniało tysiące gwiazd, a lekki, ciepły
wiatr dodawał jeszcze większego uroku. Wcale nie ciągnęło mnie do imprezy, choć
nie była taka zła. Po prostu nie miałam ochoty. Gdy usłyszałam podpity głos
wołający moje imię, cała ta bajka prysnęła jak bańka mydlana, a mój poziom
wkurzenia mocno skoczył w górę. Odwróciłam się i ujrzałam wysokiego blondyna,
bodajże Mike’a, który szedł, a właściwie toczył się w moją stronę po patio, w
jednej ręce trzymając puszkę piwa, a w drugiej ćmika. Zacisnęłam zęby i
próbowałam go wyminąć, by wrócić do domu i zniknąć w tłumie, lecz zagrodził mi
drogę.
- Czekaj, panienko.. Amelia, tak? – powiedział zapitym głosem.
- Tak. – odpowiedziałam chłodno.
- Jesteś z Polski, prawda? – na końcu języka miałam już „gówno Cię to
obchodzi”, ale w ostatniej chwili zdecydowałam się na kiwnięcie głową. Lepiej
zachować maniery.
- Czym się zajmujesz? – blondyn dalej ciągnął konwersacje, lecz nie potrafiłam
rozgryźć, po co. Na jego twarzy widniał złośliwy uśmieszek. Miałam ochotę
przyłożyć mu w tą jego zapitą gębę, w ogóle chciałam wracać do domu. Zacisnęłam
pięści, by chociaż w ten sposób dać upust mojej złości.
- Jestem studentką na wydziale reżyserii.
- Ooo, pani reżyser! – zawył.
- A ja mam swoją firmę. Prowadzę rzeźnię dla koni. – powiedział z dumą.
- Naprawdę genialny biznes! Dziennie zabijamy nawet dwieście koni, a
zainteresowanie dalej rośnie.. – kontynuował, lecz jego dalsze słowa nie
docierały już do mnie. Rzeźnia. Dla koni. W oczach stanęły mi łzy. Będąc w
Polsce, los zwierząt nigdy nie był mi obojętny, zwłaszcza koni, do czego
przyczynił się fakt, że przez długi czas jeździłam konno. Stale współpracowałam
z fundacją, wykupywaliśmy te biedne zwierzęta z ich ostatniej podróży, a przede
mną stał człowiek, który był za to wszystko odpowiedzialny. Bez jakiegokolwiek
sumienia, ze satysfakcją patrzący, jak zwierzętom podcina się gardła. Miarka
się przebrała, miałam go naprawdę dosyć.
- Ty zapita gnido. – powiedziałam z pogardą, a zdziwiony Mike przerwał swój
ohydny monolog.
- Słucham? – wyszczerzył oczy.
- Ty zapita gnido! Jak śmiesz! Nie masz za grosz sumienia! Te zwierzęta
cierpią, a Ty zarabiasz na tym pierdoloną forsę! – wpadłam w kompletny szał,
przez co nawet nie zauważyłam, że reszta gości zaczęła nam się przyglądać.
Natomiast chłopak uśmiechnął się złośliwie, czym jeszcze bardziej mnie
sprowokował. Zamachnęłam się i przyłożyłam mu z całej siły w jego ohydny, nic
nie warty ryj. Blondyn padł jak długi na ziemię, a ja zaczęłam go kopać,
wykrzykując coraz to gorsze bluźnierstwa. Momentalnie znalazł się przy mnie Ed
i chwytając mnie z całej siły za ramiona odciągnął na bok, natomiast reszta
gości zebrała się wokół poszkodowanego. Większość była o dziwo rozbawiona,
zapewne przez duże spożycie alkoholu tej nocy, co jeszcze bardziej mnie nabuzowało, część
zdziwiona, a tylko jedna kobieta wyrażała swoje oburzenie. Kobieta w karminowej
sukience, która zadała nam wcześniej niewygodne pytanie.
- Co Ty wyprawiasz?! Pogrzało Cię?! – syknął oburzony. Dopiero teraz zdałam
sobie sprawę, co zrobiłam. Ja wrócę do swojego szarego świata, a to on będzie
musiał się tłumaczyć i przepraszać. Cholera, byłam zbyt emocjonalna. Część
rzeczy miałam kompletnie gdzieś, ale jeśli ktoś mówił o czymś, na czym mi
zależy, to trafiał prosto w moje serce. Nie wytrzymałam. Po policzkach zaczęły
spływać mi łzy, najpierw pojedyncze, ale z chwili na chwilę było ich coraz
więcej. Muzyk popatrzył na mnie smutno i przytulił, głaszcząc czule po plecach.
- Spokojnie.. Co się stało? – zapytał, ale w tym momencie mój szloch zamienił
się w prawdziwy lament. Czułam się, jakby ktoś wcześniej wbił mi nóż w serce, a
teraz go przekręcał. Naturalnie, rozumiałam Eda, ponieważ nie znał mnie i nie
miał pojęcia co się stało, co mnie sprowokowało. Ale każda próba powiedzenia mu
czegokolwiek kończyła się nową falą płaczu. W końcu oderwałam się od niego,
zostawiając przy okazji na jego koszulce czarne plamy od makijażu, który się
rozmazał.
- Przepraszam. – szepnęłam z trudem i zanim zdążył cokolwiek odpowiedzieć,
zawróciłam szybko w stronę domu. Pochwyciłam swoją torebkę i unikając reszty
gości wybiegłam z posiadłości, postanawiając wrócić się na pieszo. Była to
okazja do przemyślenia całej sytuacji, z resztą nie potrafiłabym spojrzeć teraz
Sheeranowi w twarz. W sumie współczułam mu, przyprowadził obcą laskę, która
pobiła mu kumpla i zwiała. Ale nie żałowałam niczego. Gdybym miała drugą
szansę, i tak przyłożyłabym Mike’owi. Ktoś musiał, a on w pełni na to
zasługiwał.
Przed moim powrotem do domu stały tylko dwie przeszkody – nocne ciemności i
kompletnie nieznana mi droga. Westchnęłam i ruszyłam na lewo nieoświetloną,
asfaltową drogą. Miałam wrażenie, że las, w którym się znajduje, swoim szumem
naśmiewa się ze mnie.
---------------------------------------------------------------
Jeej, najdłuższy rozdział :) Jak Wam się podoba?
Niesamowite! Oczy mi trochę zmokły, gdy pisałaś o tych koniach i w ogóle... Naprawdę świetne :')
OdpowiedzUsuńDzięki wielkie :)
OdpowiedzUsuń