piątek, 20 marca 2015

Rozdział IV

Bardzo szybko dotarliśmy na miejsce, Ed jeździł jak szalony. Weszliśmy tylnymi drzwiami do willi i pognałam do łazienki, którą wskazał mi muzyk. Pomieszczenie było ogromne, jak chyba każdy pokój w tej posiadłości, a jego wyposażenie świadczyło o zamożności właściciela. Wysypałam zawartość torebki na blat i odetchnęłam z ulgą – wyjątkowo znajdowały się w niej szczotka, tusz do rzęs i eyeliner. Naprawdę rzadko zabierałam je z domu, dlatego moja radość była podwójna. Założyłam na siebie nową, prześliczną sukienkę i umalowałam się w wyjątkowo szybkim tempie. Przez chwilę zastanawiałam się co zrobić z moimi długimi, niesfornymi lokami, ale postanowiłam, że zostawię je rozpuszczone. Spakowałam stare ubrania do torby i przed wyjściem spojrzałam raz jeszcze w lustro – wyglądałam dobrze, ale moja twarz ukazywała, jak bardzo jestem zmęczona. Faktycznie, powieki same mi się zamykały, dlatego musiałam jak najszybciej napić się mocnej kawy.
- Wow. – powiedział chłopak, gdy do niego powróciłam. Uśmiechnęłam się, lecz tak naprawdę czułam się zakłopotana. Nie dość, że zakłopotana, to jeszcze zaczynał dopadać mnie lekki stres – gdyby to chociaż była zwykła impreza, a nie spotkanie śmietanki towarzyskiej! I jeszcze do tego byłam pewna, że padnie pytanie, dlaczego przyszłam z Edem. Rudzielec chyba rozgryzł, czym się przejmuję, ponieważ powiedział:
- Spokojnie, nie denerwuj się. Nie ma tu nikogo ważnego, tylko znajomi z pracy.
Wzięłam głęboki oddech, uśmiechnęłam się nieco sztucznie i ruszyłam razem z nim w stronę gości. Spodziewałam się, że wszyscy będą eleganccy i sztywni, natomiast było to zbiorowisko przeróżnych osobowości. Niektórzy faktycznie mieli stroje wieczorowe, ale duża część była ubrana w codzienne, luźne ubrania. Dzięki temu widokowi nieco się odprężyłam. Tuż po tym, jak weszliśmy do tego wielkiego, nowoczesnego salonu zaczepił nas gospodarz imprezy.
- Hej Ed, co to za ślicznotka? – przywitał nas, uśmiechając się wesoło, a mój towarzysz przybił mu piątkę. Rudzielec przez chwilę zastanawiał się nad odpowiedzią, a gdy w końcu ją wymyślił, z trudem opanowałam oburzenie.
- Jakby to powiedzieć.. Uratowałem ją od spędzania weekendu w szpitalu. – otwarłam szeroko oczy, niedowierzając jego słowom. Przecież to on naraził mnie na pobyt w tym śmierdzącym, nudnym miejscu!
- Amelia Lulińska. – powiedziałam chłodno, by nie dopuścić do kolejnych przekręconych historii Eda.
- Matt Waise. – anglik uśmiechnął się jeszcze szerzej i pocałował mnie w rękę.
- Więc, panno Lulińska, dlaczego znalazła się pani w szpitalu? – w tym samym momencie poczułam na sobie wzrok większości gości, a w szczególności muzyka, który w myślach błagał, bym nie puściła pary z ust.
- Zasłabłam.. tak.. przez przypadek spotkałam w holu Sheerana, który pomógł mi wyjść wcześniej. – odpowiedziałam niepewnie.
- Eddie, a co Ty w sumie robiłeś w szpitalu? – spytała poważnie kobieta w karminowej sukience, która siedziała naprzeciwko nas. Na moment, pomimo dudniącej muzyki, zapadła niezręczna cisza.
- Chcecie gadać, czy się bawić? – rudzielec zaśmiał się nerwowo i pochwycił szybko stojącą na stoliku puszkę piwa. Na szczęście goście nie przejęli się zbytnio naszą historią i szybko dali nam spokój. Pomimo tego, stres znów do mnie powrócił, postanowiłam więc udać się do kuchni i wreszcie napić się kawy.
Stojąc z dłońmi oplecionymi wokół kubka z gorącym napojem od razu poczułam się lepiej. Wyszłam na ogród, w którym znajdował się ogromny basen, a cały teren został subtelnie oświetlony. Trawa była tu idealnie przycięta, a pomiędzy kwiatami nie uchował się żaden chwast. Niesamowity widok. Serio, perfekcyjny. Marzyłam o takim ogrodzie. Wcześniej od zrobienia kawy oderwał mnie jakiś koleś, który koniecznie chciał zatańczyć, potem trafiłam na kilku innych, w tym i na Eda. W międzyczasie ktoś podał mi trochę alkoholu. Lecz teraz był ostatni dzwonek, by wypić pobudzający napój i nie zasnąć na kanapie w salonie.
Mogłabym tak stać godzinami. Niebo odsłaniało tysiące gwiazd, a lekki, ciepły wiatr dodawał jeszcze większego uroku. Wcale nie ciągnęło mnie do imprezy, choć nie była taka zła. Po prostu nie miałam ochoty. Gdy usłyszałam podpity głos wołający moje imię, cała ta bajka prysnęła jak bańka mydlana, a mój poziom wkurzenia mocno skoczył w górę. Odwróciłam się i ujrzałam wysokiego blondyna, bodajże Mike’a, który szedł, a właściwie toczył się w moją stronę po patio, w jednej ręce trzymając puszkę piwa, a w drugiej ćmika. Zacisnęłam zęby i próbowałam go wyminąć, by wrócić do domu i zniknąć w tłumie, lecz zagrodził mi drogę.
- Czekaj, panienko.. Amelia, tak? – powiedział zapitym głosem.
- Tak. – odpowiedziałam chłodno.
- Jesteś z Polski, prawda? – na końcu języka miałam już „gówno Cię to obchodzi”, ale w ostatniej chwili zdecydowałam się na kiwnięcie głową. Lepiej zachować maniery.
- Czym się zajmujesz? – blondyn dalej ciągnął konwersacje, lecz nie potrafiłam rozgryźć, po co. Na jego twarzy widniał złośliwy uśmieszek. Miałam ochotę przyłożyć mu w tą jego zapitą gębę, w ogóle chciałam wracać do domu. Zacisnęłam pięści, by chociaż w ten sposób dać upust mojej złości.
- Jestem studentką na wydziale reżyserii.
- Ooo, pani reżyser! – zawył.
- A ja mam swoją firmę. Prowadzę rzeźnię dla koni. – powiedział z dumą.
- Naprawdę genialny biznes! Dziennie zabijamy nawet dwieście koni, a zainteresowanie dalej rośnie.. – kontynuował, lecz jego dalsze słowa nie docierały już do mnie. Rzeźnia. Dla koni. W oczach stanęły mi łzy. Będąc w Polsce, los zwierząt nigdy nie był mi obojętny, zwłaszcza koni, do czego przyczynił się fakt, że przez długi czas jeździłam konno. Stale współpracowałam z fundacją, wykupywaliśmy te biedne zwierzęta z ich ostatniej podróży, a przede mną stał człowiek, który był za to wszystko odpowiedzialny. Bez jakiegokolwiek sumienia, ze satysfakcją patrzący, jak zwierzętom podcina się gardła. Miarka się przebrała, miałam go naprawdę dosyć.
- Ty zapita gnido. – powiedziałam z pogardą, a zdziwiony Mike przerwał swój ohydny monolog.
- Słucham? – wyszczerzył oczy.
- Ty zapita gnido! Jak śmiesz! Nie masz za grosz sumienia! Te zwierzęta cierpią, a Ty zarabiasz na tym pierdoloną forsę! – wpadłam w kompletny szał, przez co nawet nie zauważyłam, że reszta gości zaczęła nam się przyglądać. Natomiast chłopak uśmiechnął się złośliwie, czym jeszcze bardziej mnie sprowokował. Zamachnęłam się i przyłożyłam mu z całej siły w jego ohydny, nic nie warty ryj. Blondyn padł jak długi na ziemię, a ja zaczęłam go kopać, wykrzykując coraz to gorsze bluźnierstwa. Momentalnie znalazł się przy mnie Ed i chwytając mnie z całej siły za ramiona odciągnął na bok, natomiast reszta gości zebrała się wokół poszkodowanego. Większość była o dziwo rozbawiona, zapewne przez duże spożycie alkoholu tej nocy,  co jeszcze bardziej mnie nabuzowało, część zdziwiona, a tylko jedna kobieta wyrażała swoje oburzenie. Kobieta w karminowej sukience, która zadała nam wcześniej niewygodne pytanie.
- Co Ty wyprawiasz?! Pogrzało Cię?! – syknął oburzony. Dopiero teraz zdałam sobie sprawę, co zrobiłam. Ja wrócę do swojego szarego świata, a to on będzie musiał się tłumaczyć i przepraszać. Cholera, byłam zbyt emocjonalna. Część rzeczy miałam kompletnie gdzieś, ale jeśli ktoś mówił o czymś, na czym mi zależy, to trafiał prosto w moje serce. Nie wytrzymałam. Po policzkach zaczęły spływać mi łzy, najpierw pojedyncze, ale z chwili na chwilę było ich coraz więcej. Muzyk popatrzył na mnie smutno i przytulił, głaszcząc czule po plecach.
- Spokojnie.. Co się stało? – zapytał, ale w tym momencie mój szloch zamienił się w prawdziwy lament. Czułam się, jakby ktoś wcześniej wbił mi nóż w serce, a teraz go przekręcał. Naturalnie, rozumiałam Eda, ponieważ nie znał mnie i nie miał pojęcia co się stało, co mnie sprowokowało. Ale każda próba powiedzenia mu czegokolwiek kończyła się nową falą płaczu. W końcu oderwałam się od niego, zostawiając przy okazji na jego koszulce czarne plamy od makijażu, który się rozmazał.
- Przepraszam. – szepnęłam z trudem i zanim zdążył cokolwiek odpowiedzieć, zawróciłam szybko w stronę domu. Pochwyciłam swoją torebkę i unikając reszty gości wybiegłam z posiadłości, postanawiając wrócić się na pieszo. Była to okazja do przemyślenia całej sytuacji, z resztą nie potrafiłabym spojrzeć teraz Sheeranowi w twarz. W sumie współczułam mu, przyprowadził obcą laskę, która pobiła mu kumpla i zwiała. Ale nie żałowałam niczego. Gdybym miała drugą szansę, i tak przyłożyłabym Mike’owi. Ktoś musiał, a on w pełni na to zasługiwał.
Przed moim powrotem do domu stały tylko dwie przeszkody – nocne ciemności i kompletnie nieznana mi droga. Westchnęłam i ruszyłam na lewo nieoświetloną, asfaltową drogą. Miałam wrażenie, że las, w którym się znajduje, swoim szumem naśmiewa się ze mnie.


---------------------------------------------------------------
Jeej, najdłuższy rozdział :) Jak Wam się podoba?

2 komentarze:

  1. Niesamowite! Oczy mi trochę zmokły, gdy pisałaś o tych koniach i w ogóle... Naprawdę świetne :')

    OdpowiedzUsuń